Karmel Maryi Matki Nadziei

i św. Teresy od Dzieciątka Jezus w Ełku

12 lat naszej obecności w Ełku
" św. Teresa od Jezusa Bramą, którą się wchodzi to tej twierdzy, jest modlitwa. Nierozsądnie twierdzi ten, kto sądzi, że może wejść do nieba, nie wszedłszy naprzód w siebie, aby poznać siebie samego i zastanowić się nad własną nędzą i nad tym, co winien jest Bogu, i błagać ustawicznie Jego miłosierdzia. "

św. Teresa od Jezusa

1. DAJ MI TEJ WODY

W głównym pomieszczeniu rodzinnego domu Teresy de Cepeda y Ahumada znajdował się obraz przedstawiający Samarytankę. Teresa często mogła mu się przyglądać w młodości. Płótno to jest teraz wystawione w muzeum należącym do klasztoru Wcielenia. Przedstawia ono Jezusa rozmawiającego z Samarytanką obok studni Jakuba. Ileż to razy Teresa czytała i powtarzała znajdujący się na dole obrazu napis: Domine da mihi hanc aquam (Panie, daj mi tej wody)!

Woda żywa stała się dla Teresy w najpełniejszym stopniu symbolem zjednoczenia z Bogiem. Idąc za wezwaniem Boga, winniśmy dotrzeć, poprzez kolejne etapy, właśnie do źródła wody żywej, którym jest Chrystus. Z tego źródła, z przyjaźni, w jakiej żyła z Chrystusem, Teresa czerpała obficie, tak że sama stała się, jak to Jezus obiecał Samarytance, „źródłem wody wytryskującej ku życiu wiecznemu”. A później ugasi pragnienie licznych ludzi łaknących ducha, wskazując im drogę, która prowadzi do tego tajemnego i ukrytego źródła.

Dziś także, po przeszło czterech wiekach, jej przesłanie jest nadzwyczaj aktualne. Bardziej niż kiedykolwiek ludzie odczuwają głód ducha. Niestety, swe poszukiwania prowadzą często z dala od mistyki chrześcijańskiej, bo albo jej nie znają, albo ci, którzy powinni z nią do nich wychodzić, tego nie czynią, albo wreszcie nie chcą przyjąć chrześcijańskiego doświadczenia w całości, czyli wraz z krzyżem Chrystusa.

Na czym polega specyfika przesłania Teresy od Jezusa? Wydaje mi się, że cechują je trzy rzeczy: zmysł Boga, zmysł Kościoła, zmysł człowieczeństwa.

Zmysł Boga

Pewnego dnia Teresa - młoda wówczas zakonnica - w drodze do miejsca, gdzie miała wypocząć i podreperować swe zdrowie (nie żyła jeszcze w ścisłej klauzurze, którą później sama wprowadziła), zatrzymała się na kilka godzin u swego wuja Pedra, posiadającego wspaniałą bibliotekę. Teresa, sama zafascynowana książkami, przypadkowo trafia na książkę franciszkanina Franciszka z Osuny, traktującą o długiej modlitwie w ciszy. Ogarnia ją fala radości: to, co sama odgadła i co praktykuje, opisane jest w tej książce czarno na białym, a więc modlitwa w ciszy nie jest kwestią umysłu, inteligencji, lecz sprawą serca. „Modlić się to pozwolić mówić swemu sercu do Boga. Serce wznosi się do Boga na skrzydłach pragnienia, podtrzymywane przez miłość”. Co za opatrzność! Co za szczęście! Otrzymuje książkę od wuja w prezencie i czyta ją od deski do deski.

Teraz znalazła potwierdzenie dla swego modlitewnego życia. A więc naprzód! Całkowicie oddaje się modlitwie kontemplacyjnej, oddaje się miłości. Odkrywa Boga, będącego Miłością, Miłością, którą można przyjąć i na którą można odpowiedzieć miłością. Oto jej zmysł Boga. W dalszej części tej książki spróbuję wspólnie z czytelnikiem ćwiczyć się w tym przyjmowaniu i odpowiedzi. Będzie to szkoła miłości. Bo właśnie na podstawie własnego doświadczenia, coraz bogatszego, Teresa napisze o modlitwie kontemplacyjnej dla swych sióstr karmelitanek, które pierwsze skorzystały z jej doktryny. A jest to doktryna wyjątkowa w Kościele. Człowiek, który pragnie praktykować modlitwę kontemplacyjną, nie może przejść obojętnie obok pism Teresy od Jezusa.

Zmysł Kościoła

Teresa żyła w burzliwych czasach: w Kościele i poza Kościołem panował zamęt. Z jednej strony poczucie osamotnienia, z drugiej rozpad jedności: protestantyzm we wszystkich swoich odmianach, profanowanie kościołów, Eucharystii, księży; wszystko to znajduje głęboki oddźwięk w duszy Teresy. Chce ona pomóc Kościołowi. „Jakbym co na to mogła, albo co znaczyła, poczęłam płakać przed Panem i błagać Go, by tak wielkiemu złu zaradził. Zdawało mi się, że tysiąc razy gotowabym życie moje oddać w ofierze dla uratowania choćby jednej z tych dusz, których tyle tam ginęło. Lecz nie mam żadnej możliwości uczynienia czegoś na chwałę Pana, gdyż jestem niewiastą i to jeszcze tak nędzną” (DD 1, 2)2. Jej niemoc wobec takiej nawałnicy zła zasmuca ją: ten biedny ziemski Kościół tak rozdarty. „Postanowiłam zatem uczynić choć to niewiele, co uczynić zdołam” (tamże). I to „niewiele” (eso poquito) staje się wielkim dziełem odnowy Karmelu: z niewielką grupą odpowiednio wybranych zakonnic zakłada mały klasztor, gdzie trwając w ubóstwie i całkowitym odcięciu od świata mogą w pełni poświęcić się modlitwie kontemplacyjnej, miłosnemu trwaniu z Bogiem. Ta modlitwa właśnie stanie się podporą, jaką Teresa zaofiaruje Kościołowi. Te pierwsze zreformowane karmelitanki modlą się, w swej ciszy i samotności, za obrońców Kościoła, za kaznodziejów, teologów, księży, by trwali w autentycznej wierze. Czyż dziś, po czterech wiekach, istnieją intencje bardziej aktualne?

Poprzez długą modlitwę w ciszy Teresa pracuje żarliwie na rzecz Kościoła. Kościół to jej wielka pasja. Przepaja swe karmelitanki zmysłem Kościoła. Ożywia modlitwę kontemplacyjną oddechem apostolskim. „Oto świat płonie pożarem, oto chcieliby na nowo zasądzić na śmierć Chrystusa i tysiące fałszywych świadków przeciw Niemu stawiają, chcieliby obalić Kościół Jego - a my miałybyśmy czas tracić na pragnienie rzeczy, które, gdyby ich Bóg użyczył, właśnie niejednej duszy zamknęłyby wstęp do nieba? Nie, siostry moje, nie czas teraz w naszych rozmowach z Bogiem zajmować się sprawami błahymi” (DD 1, 5).

Tak więc Kościół staje się dla Teresy i jej karmelitanek motywem przewodnim ich reformy. Najpierw w San José w Avila. Bardzo szybko jednak spojrzenie Teresy obejmuje nowy, niedawno odkryty świat. Ogromna ziemia misyjna otwiera się dla Kościoła i Teresa rozumie, że Bóg prosi ją o założenie innych „zakątków Najświętszej Panny”, gdzie trwałaby modlitwa i gdzie oddawałoby się dziełu rozszerzenia Kościoła. Zakłada więc jeszcze siedemnaście klasztorów. W tym samym czasie reformuje męską gałąź Karmelu - karmelitów bosych, przy pomocy innego doktora Kościoła - świętego Jana od Krzyża. Wszystko po to, by podtrzymać Kościół będący w niebezpieczeństwie: „dla tego celu zgromadził was tu Boski Oblubieniec” (DD 3, 10).

Obecnie istnieje ponad osiemset klasztorów karmelitańskich na świecie. Są to fortece modlitwy, które służą Kościołowi. Jest w nich siła, ale wolna od gwałtu w świecie pełnym przemocy. Każdy Karmel ma swe apostolskie promieniowanie w powszechnym Kościele Chrystusa, a także w Kościele lokalnym diecezji, dekanatu, parafii. Tam również karmelitanki swoją modlitwą w ciszy stanowią podporę i użyźniają wszelką apostolską działalność. Zaufajmy tej pomocy duchowej. Teresa dzieli z nami swój zmysł Kościoła.

Zmysł człowieczeństwa

Całe to życie modlitwą, oddane Kościołowi, tchnie u Teresy równowagą i harmonią. Nic nie jest wymuszone. Chodzi jedynie o to, by włożyć miłość we wszystkie drobne sprawy życia codziennego. Taka miłość Boga wyraża się spontanicznie - jako zupełnie naturalna konsekwencja - w miłości braterskiej, bardzo ludzkiej, cechującej się wielkim szacunkiem dla osoby drugiego, zarówno dla jego możliwości, jak i braków i ograniczeń. Trzeba przeczytać jej korespondencję, która świadczy o delikatności, zainteresowaniu i uwadze skierowanej na bliźniego. Teresa ma poczucie umiaru. Chodzi jej nie o przesadne umartwienia ciała, ale o wielką cnotę. Jej dzieła świadczą o realizmie, tak przyrodzonym, jak i nadprzyrodzonym. Jej listy są doskonałym świadectwem psychologii stosowanej oraz głębokiej duchowości.

Lecz zmysł tego, co ludzkie, wyraża się u Teresy głównie poprzez radość. Ta jest pierwszym prawem życia we wspólnocie. Stąd u Teresy bardzo przemyślany projekt stworzenia małych wspólnot, bractw, gdzie żyje się jak w rodzinie, dzieląc się radościami i troskami. Każde uczestnictwo Teresy w rekreacjach było świętem dla wszystkich sióstr: śpiewano i tańczono w rytm hiszpańskich kastanietów. Dzieci jej brata Lorenzo uwielbiały przyjeżdżać w odwiedziny do „cioci Teresy”, gdyż u niej było wesoło, a w ich rodzinnym domu trzeba było zachowywać powagę. Radość stała się jednym z charakterystycznych elementów Karmelu. Świętuje się tam radość, radość życia z Bogiem, służąc Kościołowi. Czyż Jezus nie obiecał, że jeśli będziemy przebywać w Nim, nasza radość będzie pełna? Teresa doskonale pojęła zmysł człowieczeństwa, człowieczeństwa przebóstwionego.

Choć w tej książce zajmę się przede wszystkim drogami, które prowadzą do Boga (jak żyć w więzi z Bogiem?), dwa pozostałe wymiary - Kościół i człowiek - będą stale, choć być może w sposób mało widoczny, obecne. Dla Teresy modlitwa wewnętrzna jest w wysokim stopniu duchowa i głęboko ludzka, gdyż otwiera na rzeczywistą miłość braterską.

Dzięki swej porywającej i promieniującej osobowości odmienionej w Chrystusie, Teresa pociąga wielu chrześcijan. Sam czytelnik oceni, czy ma mu ona coś do powiedzenia.

2. SPRAWA MIŁOŚCI

Modlitwa, która polega na trwaniu wobec Boga w ciszy, była dla Teresy wielkim odkryciem. Dostrzegła w niej wyśmienity sposób, w jaki Bóg może komunikować się z duszą. Bardzo jasno przedstawia w swej autobiografii koncepcję tej modlitwy: „Modlitwa bowiem wewnętrzna nie jest to zdaniem moim nic innego, jeno poufne i przyjacielskie z Bogiem obcowanie, po wiele razy powtarzana rozmowa z Tym, o którym wiemy, że nas miłuje” (Życie 8, 5). Ta definicja, będąc owocem doświadczenia Świętej, ukazuje nam charakterystyczne cechy terezjańskiej modlitwy wewnętrznej. Wymienię ich siedem - co za szczęśliwa liczba!

Bóg nas kocha

W tej terezjańskiej modlitwie wewnętrznej akcent położony jest na inicjatywę Boga i Jego miłość do nas. Otwieram się i powierzam się „Temu, o którym wiem, że nas kocha”. W swej Pieśni duchowej Jan od Krzyża, który doskonale zrozumiał Madre3, stale kładzie nacisk na miłość pochodzącą od Boga, którą wystarczy tylko przyjąć. Poprzez język obrazów Jan od Krzyża ilustruje rzeczywistość, którą bardzo dobrze tłumaczy apostoł Jan: „Bóg sam pierwszy nas umiłował” (1 J 4, 19). Bóg ogarnia nas swym spojrzeniem pełnym miłości, przychodzi do nas poprzez swoją miłość, naznacza nasze serca piętnem swej miłości; sprawia, że słyszymy głos Jego miłości. Słońce Jego miłości oświetla nas i ogrzewa... Przypomnijmy sobie bogatego młodzieńca (Mk 10, 17-27): „Jezus spojrzał z miłością na niego”. Oczywiście to spojrzenie miłości zaprasza do czegoś więcej, wymaga zdecydowanej postawy: „Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną”.

Nie jest nam łatwo przyjąć, że On na nas spogląda i że nas kocha. Strach przed Bogiem nadal sieje spustoszenie w sercach. Całkiem niedawno pewien młody człowiek powiedział mi: „Chciałbym naprawdę uwierzyć, że Pan mnie kocha, ale pozostaję w tym względzie nieufny. Muszę bez przerwy walczyć z tą moją nieufnością. Strach sprawia, że się wycofuję...” Kontemplujmy stale tajemnicę Wcielenia: Bóg stał się człowiekiem z miłości ku nam. Chrystus, Bóg-Człowiek jest nam tak bliski! Gdy to zrozumiem, stanę się w pełni świadomy miłości Chrystusa do mnie. Otworzę mu drzwi do mojego serca. Błogosławiona Elżbieta od Trójcy Świętej napisała: „Dusza pozwala w ten sposób Bogu zaspokoić w niej Jego potrzebę obdarzania wszystkim, czym Jest, i wszystkim, co Ma”.

A zatem staram się być wrażliwy. Pozwalam, by pokochała mnie darmowa miłość Pana. I moja modlitwa kontemplacyjna staje się hymnem pochwalnym na cześć boskiego miłosierdzia. Ten odruch jest jak najbardziej terezjański. Można by przypomnieć, jak Chrystus ubiegał się o Teresę w czasie długiego okresu jej mierności, aby zdobyć ją dla swej miłości: rady jej ojca, ukazanie się Chrystusa o surowym obliczu, napomnienia niektórych sióstr, lektura Wyznań świętego Augustyna i ostatecznie - niewielka figura Chrystusa, która nią głęboko wstrząsa. Teresa otwiera się wówczas na dzieło Boga w niej. Zaczyna się nowe życie. Chrystus uwolnił ją od niej samej. Odtąd to On żyje w Teresie. Czy nie może uczynić tego samego z nami?

Obopólna przyjaźń

Moja odpowiedź na miłość Chrystusa może być tylko bardzo osobistym porywem mojej miłości. Miłość Boga przyzywa miłość moją. Wynika z tego „serdeczna przyjaźń, częsta rozmowa”. Muszę uwolnić w głębi mnie samego tę zdolność do miłości, którą Bóg tam ukrył jak wielki skarb. Warto posłuchać, co ma Teresa do powiedzenia na ten temat: „Wielkim była dla mnie dobrodziejstwem łaska, której mi Bóg użyczył, dając mi ducha modlitwy wewnętrznej. Dzięki niej pojęłam, co znaczy kochać Boga” (Życie 6, 3).

Miłość odkrywamy w tych zakamarkach serca, gdzie człowiek z głębi swego istnienia woła do Tego, w którym znajduje całkowite spełnienie samego siebie i któremu może powierzyć się bezgranicznie. Modlitwę wewnętrzną zdefiniuje się więc jako spotkanie, przyjaźń, wzajemną relację między ja i Ty, ze świadomością bliskiej obecności Boga. Modlitwa serca! Jakże się dziwić Teresie, kiedy ostrzega nas przed modlitwą, która wywoływałaby jedynie piękne intelektualne rozumowanie? „Tego tylko pragnę, byście wiedziały i o tym pamiętały, że jeśli chcemy znaczny uczynić postęp na tej drodze i dojść do tych mieszkań, do których tęsknimy, nie o to nam chodzić powinno, byśmy dużo rozmyślały, jeno o to, byśmy dużo miłowały, a zatem to głównie czynić i do tego przykładać się powinnyśmy, co skuteczniej pobudza nas do miłości” (Twierdza IV 1, 7).

Te ostatnie słowa pokazują nam wielką swobodę w praktyce terezjańskiej modlitwy w ciszy. Nie istnieje żadna stała metoda ani technika. Gdy chodzi o miłość, nie ma gotowej już drogi. Powinniśmy robić to, co pobudza nas do większej miłości. Najpierw należy wybrać środki. Możemy np. pomóc sobie książką. Lepiej jednak nie stosować jej w trakcie całej modlitwy. Bardzo pociesza fakt, że Teresa nigdy nie udawała się na modlitwę bez niej, nawet jeśli zdarzało się, że jej nie otworzyła. Książka duchowa jest wiernym przyjacielem. Wrócimy jeszcze do tego. Można również pomagać sobie obrazem lub ikoną, na którą patrzymy przez długą chwilę, co pozwala nam skupić naszą miłosną uwagę. Oczywiście, lektura fragmentu Pisma świętego czy tekstu liturgii także może podtrzymać skupienie. Są to pierwsze źródła naszego miłosnego trwania wobec Pana w ciszy. „Panie, naucz nas modlić się” (Łk 11, 1).

Oprócz wolnego doboru środków, mamy wielką swobodę gdy chodzi o nastawienie duszy. Ono jest często różne, stosownie do okoliczności, zdarzenia, okresu liturgicznego, pory dnia itd. Są takie godziny, w których jesteśmy bardziej skłonni błagać, np. w bardzo ściśle określonych intencjach, do których skłania nas nasze otoczenie bądź dostrzegane za pośrednictwem telewizji udręki świata. Zresztą błaganie będzie zawsze u podstaw modlitwy. Przypomnijmy sobie, jak mocno podkreślał to Jean Lafrance w swoich książkach. Postępując na drodze modlitwy w ciszy, coraz bardziej uczestniczymy w błaganiu Jezusa. „Z głośnym wołaniem i płaczem za dni ciała swego zanosił On gorące prośby i błagania do Tego, który mógł Go wybawić od śmierci, i został wysłuchany dzięki swej uległości” (Hbr 5, 7). Innym razem nasze serca wypełnia dziękczynienie. Całymi sobą dziękujemy Panu za wiele darów Jego miłości, które usiłujemy coraz głębiej poznawać. Postępując w modlitwie w ciszy, coraz bardziej zapominamy o sobie. Fascynacja chwałą i pięknem Boga skupia nas na Nim i rodzi w nas hymn pochwalny na Jego cześć. Elżbieta od Trójcy Świętej odkryła sens swego życia u świętego Pawła: „chwała majestatu” (Ef 1, 6). Jej modlitwa była tylko tym. Bardzo proste nastawienie duszy, bliskie czystej adoracji, która łączy się z adoracją w niebie, opisaną w Apokalipsie, będącą ciszą wypełnioną Pełnią Obecności, ciszą, w której rozlega się odwieczne Sanctus.

Terezjańska swoboda w modlitwie w ciszy wyraża się również poprzez wybór naszej relacji z Panem. Kim On jest dla mnie? Ojcem? Jezusem? Duchem Świętym? Bratem? Pasterzem? Teresa mocno akcentuje tę swobodę wyboru. Każdy człowiek może nadać swemu życiu duchowemu charakter bardzo osobisty, dotrzeć do Boga własną drogą za natchnieniem Ducha. W miłosnym trwaniu wobec Boga musimy być bardzo na Ducha uważni i Jemu ulegli. Kim jest Ten, z kim rozmawiam, i jak mam się do Niego zwracać? „Rozmawiajcie z Nim jak z Ojcem, jak z Bratem, jak z Panem, raz w ten, drugi raz w inny sposób, jak On sam was nauczy i poda wam, co w danym razie czynić i mówić macie, tak by Mu się podobać najbardziej” (DD 28, 3). Nie zapomnijmy o Maryi, tak bliskiej tajemnicy Trójcy Świętej. Jej misja polega na tym, że ma nas w nią wprowadzić.

Na drodze do pełni

Terezjańska modlitwa w ciszy jest pełna dynamizmu i dąży do pełni miłości, tej „drogocennej perły” (Twierdza V 1, 2), do kontemplacji, a nawet (tak!) do zjednoczenia z Bogiem w duchowym małżeństwie. Życie duchowe nie ma w sobie nic statecznego. Jest to relacja miłości, a miłość wciąż się rozwija. Bóg cieszy się, mogąc udzielać się bardziej i bardziej, w miarę jak nasze serca zapominają o nas samych. Teresa zobrazowała to dojrzewanie w życiu duchowym poprzez opowieść o czterech sposobach podlewania ogrodu ze wskazaniem na ten najskuteczniejszy: „za pomocą deszczu obfitego; wtedy Pan sam bez żadnej pracy naszej podlewa” (Życie 11, 7). Używa ona także obrazu zamku, w którym bramą wejściową jest modlitwa w ciszy. Przemierza się wiele komnat przed wniknięciem do samego centrum pałacu, gdzie przebywa Pan. Tam „zachodzą najbardziej tajemne rzeczy pomiędzy Bogiem a duszą” (Twierdza I 1, 3). Jest to rozkwit życia duchowego.

Pamiętajmy o tym darmowym darze, do którego jesteśmy powołani. Najlepiej przygotować się do niego poprzez modlitwę skupienia: „Gdy się przyzwyczaisz być zawsze w obecności Jego, a On będzie widział, że czynisz to z miłością i starasz się we wszystkim podobać się Jemu, już się od Niego, jak to mówią, nie odczepisz” (DD 26, 1). Żyje się wówczas w nieustannym oczekiwaniu, na które Bóg nie potrafiłby pozostać obojętny. Musi przyjść wcześniej czy później. W tym oczekiwaniu podtrzymują nas wielkie pragnienia. Są one bardzo obecne u Teresy z Lisieux i u jej matki duchowej, Teresy od Jezusa. Potrzebujemy nie tylko wielkich pragnień; musi im towarzyszyć wielka determinacja. „Wracając tedy do tych, którzy pragną pić z tej wody żywej i iść drogą do niej wiodącą, aż dojdą do samego źródła, możemy zapytać: od czego oni mają zacząć? Sądzę, że wszystko od tego zależy, by przystąpili do rzeczy z niezachwianym postanowieniem, iż nie spoczną, póki nie staną u celu. [...] Niech przyjdzie, co chce, niech boli, jak chce, niech szemrze, kto chce, niech własna nieudolność stęka i mówi: nie dojdziesz, umrzesz w drodze, nie wytrzymasz tego wszystkiego, niech i cały świat się zwali z groźbami” (DD 21, 2). Oto cały realizm Teresy! Nie dotrzemy do zjednoczenia z Bogiem, jeśli nie zaangażujemy się w to na sto procent. To zaangażowanie polega na oddaniu się Chrystusowi-Zbawcy poprzez nasze słabości. Chodzi o związek z Chrystusem Zmartwychwstałym! Przyszedł On szukać zgubionej owieczki. Pozwólmy Mu, by nas odnalazł!

Modlitwa wymaga czasu!

Jeśli chodzi o modlitwę obecności w ciszy, czas, jaki na nią przeznaczamy, odgrywa ważną rolę, choć oczywiście nie narusza obowiązków stanu. Idźmy za głosem wewnętrznym. Teresa zachęca nas, byśmy poświęcali modlitwie osobny czas, czas, który jest dla niej prawdziwą szkołą miłości. Stajemy się w ten sposób „niewolnikami miłości, bo nie czym innym, zdaniem moim, jest postanowienie naśladowania tą drogą modlitwy wewnętrznej Tego, który nas tak umiłował” (Życie 11, 1).

To miłosne trwanie z Bogiem może czasami popadać w oschłość, gdyż bardzo się od Boga różnimy. Rozmowa z Bogiem nie jest rzeczą oczywistą. Trzeba „przyuczać się powoli do coraz gorętszego rozmiłowania się w świętym Człowieczeństwie Jego (acostumbrarse e enamorarse mucho)” (Życie 12, 2). To ćwiczenie się w miłości wymaga czasu. Każdy powinien przejrzeć swój rytm dnia, tygodnia, miesiąca, aby ustalić główne cele oraz hierarchię wartości. Miejmy nadzieję, że modlitwa w ciszy zajmie honorowe miejsce, nawet jeśli nie możemy jej poświęcić zbyt wiele czasu.

Nie usprawiedliwiajmy się zbyt łatwo, mówiąc sobie, że nasze życie i tak toczy się w obecności Pana. W rzeczy samej i Teresa podkreśla, że należy stale żyć w obliczu Pana. „Towarzyszenie” to kluczowe dla niej słowo. „Do osiągnięcia tego skupienia różne są sposoby, podawane w książkach traktujących o modlitwie wewnętrznej. Zalecają one mianowicie, byśmy starali się odwracać myśl od rzeczy zewnętrznych, dla łatwiejszego zbliżenia się do Boga; byśmy w samychże zatrudnieniach zewnętrznych usiłowali choć chwilami wejść w siebie i wspominali na obecność Tego, który przebywa we wnętrzu naszym, co samo już z wielkim jest dla duszy pożytkiem” (DD 29, 5). Jednak w towarzyszeniu Panu trzeba ciągle się ćwiczyć. Trzeba regularnie i przez dłuższy czas oddawać się tylko temu, ucząc się serdecznej rozmowy „z Tym, o którym wiemy, że nas kocha”. Żyjmy w głębi naszych serc i pozwólmy siebie kochać. Czas poświęcony wyłącznie na miłosne trwanie wobec Boga jest nam nieodzowny. Kiedy wsłuchujemy się w ten wewnętrzny głos, Bóg mówi, czego od nas oczekuje tu i teraz. Bądźmy wierni tym chwilom wyłącznej z Nim rozmowy, tyle koniecznym co korzystnym, abyśmy się przygotowali na przyjęcie daru miłości od Boga i przynieśli przez to owoc w Kościele.

Wymiar eklezjalny

Teresa doświadczyła Kościoła. Widząc jego rozdarcie, nie mogła żyć spokojnie. Ten „zmysł Kościoła”, doświadczony w bólu, doprowadził ją do reformy Karmelu. Służyła ona Kościołowi na wszystkie dostępne jej sposoby: przez modlitwę obecności w ciszy, przyjaźń z Chrystusem, miłość braterską zasianą w utworzonych przez siebie „zakątkach Najświętszej Panny”. Bardzo cierpiała na ciele i duszy dla Kościoła właśnie.

Nadała ona długiemu miłosnemu obcowaniu z Bogiem w ciszy oraz ewangelicznemu wyrzeczeniu się wymiar apostolski, tchnęła apostolskiego ducha. Modlić się w ten sposób znaczyło dla niej: podtrzymywać Kościół będący w niebezpieczeństwie. Życie w obecności „Jego Majestatu” umiejscawiało ją w sercu Kościoła. Teresa uświadamia nam płodność naszej modlitwy w ciszy w służbie Kościoła. Daje nam przykład pełnej gotowości wobec Kościoła. Dla niej życie w obecności Boga ożywia wszelkie apostolstwo.

Teresa żyła dla Kościoła i umarła w Kościele: w radości, łasce i pokoju. „Dziękuję Ci, Panie, za to, żeś uczynił mnie Córką Twojego Kościoła i że mogę umrzeć na jego łonie. Wreszcie, Panie, jestem Córką Kościoła!”

Czyż współczesny Kościół nie potrzebuje naszego miłosnego trwania wobec Boga w ciszy?

Realizm Teresy

Na drogę wiodącą do Boga człowiek wkracza całym sobą. Teresa uczy nas modlitwy osadzonej w konkretnej rzeczywistości. Trzeba nastawić się na spotkanie Boga w środku życia. Teresa tworzy więc to, co można by nazwać infrastrukturą modlitwy w ciszy. Ta ma swój solidny fundament w miłości bliźniego, oderwaniu się od siebie i pokorze. Miłość do Boga mierzy się miłością braterską; w tym miejscu Teresa okazuje głęboki realizm. Nie wahajmy się wejść w jej wizję i zacznijmy już dziś przygotowywać drogę dla modlitwy. Bóg nas na nią wzywa.

3. MIŁOŚĆ DO BOGA, MIŁOŚĆ WZAJEMNA

„Bo któż z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie wpierw i nie oblicza wydatków, czy ma na wykończenie?” (Łk 14, 28) Wejście na drogę modlitwy w ciszy to przedsięwzięcie, które nie może opierać się na improwizacjach. Wręcz przeciwnie, od tych, którzy chcą na tę drogę wstąpić, wymaga się poważnego przygotowania. Bierze ono początek w życiu codziennym. Czyż człowiek zdecydowany, by zacząć żyć z Bogiem, nie angażuje się w to całym sobą? Ów człowiek wpisany we właściwe sobie środowisko, mający kontakt z drugim, pragnący uznania, przywiązany do wygody, do pieniędzy, do władzy...

Jak się przygotować do tej duchowej wędrówki na spotkanie z Bogiem? „Nim jednak zacznę mówić o tym, co należy do życia wewnętrznego, to jest o modlitwie, chcę pierwej dotknąć pewnych rzeczy, których koniecznie przestrzegać powinni wszyscy pragnący oddawać się modlitwie. [...] Nie przestrzegając ich, niepodobna, by (dusza) daleko zaszła na drodze kontemplacji. Gdyby zaś mimo to uważała siebie za kontemplacyjną, oszukiwałaby wielce sama siebie. [...] Pierwszą z tych rzeczy jest miłość obopólna między nami; drugą, zupełne oderwanie się od wszystkich rzeczy stworzonych; trzecią, prawdziwa pokora” (DD 4, 3-4). Jest dosyć znaczące, że Teresa poświęca prawie połowę swej Drogi doskonałościna te trzy warunki.

W poprzednim rozdziale zarysowałem rzeczy charakterystyczne dla karmelitańskiej modlitwy terezjańskiej. Rzeczywiście, dla Teresy pewna infrastruktura pomaga miłosnej modlitwie w ciszy zapuścić korzenie w życiu. Prosty obraz mostu łączącego dwa brzegi mógłby świetnie to zilustrować. Modlitwa obecności jest jak most, który łączy dwa brzegi: Boga i człowieka. I Bóg, i człowiek wyruszają w drogę, aby spotkać się na moście obcowania ze sobą w ciszy. Most ten ma bardzo solidne podstawy. Podtrzymują go trzy filary: w środku - miłość bliźniego, po obu stronach - oderwanie i pokora. Gdyby tylko jeden z nich runął, zawaliłby się cały most. Spotkanie między Bogiem a człowiekiem nie mogłoby się odbyć. Zawsze jednak zostaje jeszcze jedno rozwiązanie, jakim jest naprawa mostu.

Trzy podpory „mostu” - trzy rzeczy niezbędne do modlitwy w ciszy - są ze sobą wzajemnie powiązane. Czyż miłość braterska nie wiąże się z oderwaniem i z pokorą? Ten, kto kocha swego bliźniego prawdziwie, żyje w oderwaniu, a nawet w ubóstwie, gdyż daje wszystko, co posiada. I daje on wszystko, czym jest, całkowicie zapominając o sobie.

Dar z siebie zawiera również pokorę. Ta stawia nas na właściwym nam miejscu względem Stwórcy i innych ludzi. Dla Teresy pokora polega na „kroczeniu w prawdzie”, to znaczy na rozpoznaniu w drugim człowieku swego brata czy siostry. Pokora pozwala poznać siebie względem drugiego i względem Boga. Pokora prowadzi do miłości bliźniego.

Kochaj tam, gdzie żyjesz

Według Teresy wszystko ma przyczyniać się do tego, aby jej Córki - pisze bowiem dla swojej wspólnoty - stawały się „wypróbowanymi przyjaciółkami Boga” (amigas fuertes de Dios). Tym samym wciąga nas od razu w pełnię dynamiki miłości. Miłość braterska jest uprzywilejowanym sposobem miłowania Boga i z tej miłości bez przerwy wypływa. Moc kochania braci otrzymujemy podczas naszego miłosnego trwania wobec Pana, który sam się nam udziela.

Teresa posiadała w najwyższym stopniu dar kochania i bycia kochaną. Była pełna wdzięku, uczucia, przyrodzonych darów. Wzbudzała sympatię i życzliwość. Lubiła sprawiać radość, nawet jeśli ją to męczyło. Pod działaniem łaski jej naturalne przymioty zostały oczyszczone, a nawet przemienione, doprowadzone do swej doskonałości w Chrystusie. Teresa stała się podobna do Jezusa poprzez swą miłość braterską. „Jest to, powtarzam, miłość zupełnie bezinteresowna, podobna do tej, jaką nas umiłował Chrystus. [...] Pragnęłabym, by taka miłość panowała między nami” (DD 7, 4-5). Czarująca, pełna uroku Dońa Teresa de Ahumada stała się Teresą od Jezusa, o sercu przepełnionym Bogiem, o sercu wezbranym Jego Miłością, sercu, które ogarnia cały świat. Ona również długo wędrowała do Boga.

Dla Teresy modlitwa w ciszy to przyjaźń z Bogiem. Również miłość braterska jest taką przyjaźnią. Bo kochać drugiego to po prostu kochać w nim Boga. „Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. [...] To wam przykazuję, abyście się wzajemnie miłowali” (J 15, 14. 17). Za przykładem Jezusa i w Nim, jedna i ta sama miłość wytryskuje w nas do Ojca i do ludzi. „Od nas Pan dwóch tylko rzeczy żąda: byśmy miłowali Jego i byśmy miłowali bliźniego; do tego ma zmierzać cały nasz wysiłek” (Twierdza V 3, 7). Miłość bliźniego jest płaszczyzną, na której przeżywamy prawdziwie miłość do Boga. Oto kolejny przykład realizmu Teresy! „Najpewniejszym znakiem, po którym poznać możemy, czy spełniamy tę dwojaką powinność, jest, moim zdaniem, wierne przestrzeganie miłości bliźniego; bo czy kochamy Boga tak, jak należy, tego, mimo wielu wskazówek potwierdzających, że Go kochamy, na pewno jednak wiedzieć nie możemy; ale łatwo jest poznać, czy kochamy bliźniego. Im większy więc ujrzycie w sobie postęp w tej cnocie miłości bliźniego, tym mocniej, miejcie to za rzecz pewną, będziecie utwierdzone w miłości do Boga” (Twierdza V 3, 8).

Kiedy chodzi o miłość, realizm Teresy obejmuje zarówno życie zakonne, jak i małżeńskie. W sakramencie małżeństwa mąż i żona przeżywają wzajemną miłość poprzez tę miłość, którą Bóg ma dla nich, wyrażając ją w gestach pełnych czułości i delikatnej uwagi. Krąg ich wzajemnej miłości winien szeroko się otworzyć, aby objąć ich dzieci i wszystkich tych, którzy znajdą u nich żar bijący z serca Chrystusa. Życie codzienne utkane jest z małych rzeczy; te również winny dowodzić przejrzyście miłości do Boga. Związki ludzkie zanurzają się w miłości Chrystusa i od Niego otrzymują swą moc. Miłość braterska jest darem Boga. Jest to sam Jezus, który kocha z nami i poprzez nas, ale nigdy bez nas.

Wzajemna pomoc

Jakie są wyznaczniki tej braterskiej miłości? Jak ją stosować w praktyce, przygotowując się tym samym coraz lepiej do spotkań z Bogiem w ciszy? Możemy razem z Teresą wyróżnić trzy postawy.

Teresa wzywa najpierw swe siostry do tego, by okazywały sobie wzajemną pomoc, zarówno w wymiarze materialnym, jak i duchowym: „Tutaj wszystkie powinny być z sobą w przyjaźni, wszystkie powinny na równi siebie miłować, wszystkie wzajemnie siebie cenić i wzajemnie się wspomagać. Niechże więc, na miłość Boga o to proszę, siostry nasze strzegą się tych odrębnych przywiązań, jakkolwiek wydawałyby się one pobożne i święte” (DD 4, 7). Wiedziona wyostrzonym zmysłem psychologicznym Teresa pokazuje nam, na czym polega ta wzajemna pomoc. Według niej trzeba umieć wejść w położenie drugiego człowieka, dzielić z nim jego radości, a zwłaszcza jego troski, nawet te najlżejsze. „Pragnęłabym, by taka miłość panowała między nami. Zapewne, że miłość ta nie od razu będzie doskonała, ale szczerze do niej dążmy i środków do niej wiodących wiernie używajmy, a Pan ją udoskonali. Choćby w niej było nieco ludzkiej tkliwości, nie będzie z tego szkody, byleby tkliwość ta była jednakowa dla wszystkich. Owszem, dobre jest nieraz i potrzebne żywsze uczucie miłości; dobrze jest, nieraz i potrzeba, okazać siostrze tkliwe współczucie w chorobie jej lub strapieniu. Zdarza się nieraz, że lada rzecz niejedną zaboli, z której druga śmiałaby się tylko i miałaby ją za nic; różne są charaktery, silniejsze i wrażliwsze. Niech więc silniejsza umie okazać wrażliwszej współczucie i niech się jej nie dziwi. [...] A może Pan, oszczędzając nam tego cierpienia, gotuje nam inne, które choć dla nas będzie ciężkie i samo z siebie jest takie, dla drugich wyda się lekkie. Nie sądźmy więc w takich rzeczach drugich według siebie; jeśli zaś sądzić chcemy, bierzmy za miarę sądu naszego nie te chwile, w których Pan, może bez żadnej pracy naszej, większej nam siły dodawał, jeno raczej te chwile, kiedy same byłyśmy niedołężne i słabe. Jest to ważna przestroga, o której pamiętając, będziemy umiały okazać współczucie bliźniemu w cierpieniach jego, jakkolwiekby się zdawały małymi. Szczególnie zaś one dusze mężne, o których mówiłam, powinny o tym pamiętać” (DD 7, 5-6).

Bardzo łatwo odnieść te słowa Teresy do naszego codziennego życia. Czyż nie jest pierwszym przejawem prawdziwej pomocy zbliżenie się do drugiego człowieka, stanie się dla niego kimś bliskim, takim, jaki Jezus był i jest wciąż dla nas dzisiaj? Ale są i inne formy pomocy. Na przykład, w czasie jakiegoś spotkania zdarza mi się mówić o osobie trzeciej; czy moje słowa są zawsze przychylne dla niej? Czy budują mojego rozmówcę? Czy troszczę się o to, żeby nie doprowadzić do obmowy? W swej autobiografii Teresa ukazuje, jak „zaraźliwa” była jej własna postawa. „Nie mówiłam źle o nikim, choćby w rzeczy najmniejszej, ale raczej miałam w zwyczaju tłumaczyć każdego, kogo przy mnie obmawiano, mając zawsze na pamięci tę zasadę, że nie powinnam ani z przyjemnością słuchać, ani sama mówić tego o drugich, czego nie chciałabym, by o mnie mówiono. Trzymałam się jak najmocniej tego prawidła, ile razy zdarzyła się do tego okazja. [...] Towarzyszki moje i osoby, z którymi przestawałam, tak zdołałam nakłonić, iż również ten obyczaj przyjęły. Stąd poczęto mówić o mnie, że gdzie ja jestem, tam każdy ma plecy bezpieczne i takąż samą od obmowy obronę miał bliźni u wszystkich, z którymi żyłam w przyjaźni albo miałam pokrewieństwo, albo którzy nauk moich słuchali” (Życie 6,3).

Inna jeszcze forma pomagania bliźnim, być może nieco paradoksalna, polega na tym, aby pozwolić im, by nam pomogli. Nie myślimy wówczas o naszym honorze, zaś innym dajemy satysfakcję z faktu bycia nam pomocnym. Wspaniały sposób na nawiązanie międzyludzkich stosunków! Oczywiście pod warunkiem, że nie mamy zamiaru wykorzystywać drugiego ani uczynić go niewolnikiem naszych zachcianek. Prośba o pomoc jest dobrym sposobem na to, by zejść z piedestału i zbliżyć się do drugiego. Teresa często radziła się nowicjuszek: „Z najmniejszą wątpliwością w takich nawet rzeczach, które umiałam, zwracałam się do najmłodszych, prosząc o objaśnienie” (Życie 31, 23). Oczywiście, pokora - jeden z trzech filarów - sprzyja miłości braterskiej i zbliża nas do innych ludzi. „Każdy zasadza punkt honoru na tym, czego pragnie” (tamże). Naszym „punktem honoru” jest Chrystus i tylko On.

Nie wystarczy tylko pozwolić sobie pomóc, trzeba przede wszystkim pomagać innym, oddając im przysługi w „bagatelach”, w „nic nie znaczących drobnostkach” (Życie 31, 24). Teresa z Lisieux bezbłędnie zrozumiała swoją Matkę duchową i stała się bardzo uważną na te małe rzeczy. Wiedziała, że sprawiając radość swym towarzyszkom, sprawia radość Jezusowi.

Dzielić swe życie, swą pracę, swe radości, swe troski, razem chwalić Pana - to ogromne wsparcie dla naszej modlitwy w ciszy. Nie zapominajmy o tym nigdy! W miłości trzeba się wzajemnie wspierać. A życzliwość nasza się pogłębia, kiedy spoglądamy na drugich przychylnie, kiedy mówimy o nich z uznaniem, kiedy przychodzimy im konkretnie z pomocą, aż do zdjęcia swych szat, by umyć innym nogi (por. J 13, 4-5).

W pokoju ducha

Ta miłość wzajemna przeżywana jest w pokoju. Należy zrozumieć, jak ważne jest przestrzeganie tej braterskiej miłości, „jeśli chcemy się cieszyć, na zewnątrz i wewnątrz, tym pokojem, który nam Pan tak usilnie zaleca” (DD 4, 4). Teresa dobrze zdaje sobie sprawę z tego, że brak pokoju zewnętrznego w stosunkach międzyludzkich uniemożliwia pokój ducha, będący nieodzownym warunkiem modlitwy skupienia, która leży u progu modlitwy mistycznej. Nasz pokój wewnętrzny „przyciąga” pokój Chrystusa. Nasza cisza „przyzywa” miłosną ciszę Boga.

Pokój jest źródłem przebaczenia. Jeśli nasze relacje z ludźmi nie będą zanurzone w miłosierdziu Boga - którym obdzielamy się poprzez wzajemne przebaczenie - nie będzie między nami prawdziwej harmonii. Pokój musi zakorzeniać się w Tym, który jest pokojem samym, królem pokoju. On to życzy nam z głębi serca: „Pokój wam!” (J 20,19) Ten pokój jest owocem Jego śmierci na krzyżu, poprzez którą przebaczył nam wszystkie nasze winy popełnione względem drugiego. Zasadził drzewo pojednania w centrum naszych międzyludzkich relacji. Teresa znakomicie uchwyciła związek między miłosierdziem Boga a wzajemnym przebaczaniem sobie win: „Nie mogę bowiem tego przypuścić, by dusza przystępująca tak blisko do samego źródła miłosierdzia, widząc tak jasno swoją nędzę i nicość oraz jak wiele Bóg jej odpuścił - mogła jeszcze znajdować jaką trudność w ochotnym odpuszczeniu wszelkiej urazy i nie miała serca skłonnego do okazania wszelkiej życzliwości temu, kto ją obraził. Wobec tych łask bowiem i rozkoszy, którymi Bóg ją napełnił i w których ma jawny znak nieskończonej miłości Jego, z radością korzysta z ofiarującej się jej sposobności, by Mu przez to okazać swą miłość” (DD 36,12). Wypada raz jeszcze zauważyć, jak bardzo pokora wiąże się z miłością bliźniego. Nie potrafimy nigdy przebaczyć, jeśli sami nie przyznamy, że potrzebujemy miłosierdzia.

Dysharmonia i nieporozumienie bardzo często mają źródło w naszej pysze. Każdy pozostaje przy swym punkcie widzenia, gdyż uważa go za najlepszy. Może się również zdarzyć, że nasz pokój jest niszczony przez zazdrość. Teresa ukazuje nam skuteczny sposób na przywrócenie pokoju i harmonii. Polega on na tym, by „cieszyć się każdym postępem drugich w cnocie i sławić za to naszego Pana” (DD 7,9). To kwestia spojrzenia. W jakim świetle spojrzę na drugiego? Z Panem i w Panu dane jest mi widzieć życie duchowe drugiego rozkwitające dzięki miłosierdziu Chrystusa. Ach! Gdybym miał oczy Jezusa! Ale właśnie... ja je posiadam! Wystarczy tylko, bym je otworzył!

Rzeczywiście, zbyt często jestem ślepcem, który spogląda na bliźniego wzrokiem czysto ludzkim i szuka źdźbła w jego oku: „z takiego bowiem ciągłego upatrywania w drugich lada bagateli, która może nawet nie będzie niedoskonałością, bo tylko przez nieświadomość widzisz w niej co złego, taki będzie skutek, że i sama stracisz pokój duszy, i drugim go zakłócisz” (Twierdza I 2,18).

Lecz mimo naszej dobrej woli mogą się nam jeszcze zdarzać niesnaski, drobiazgi mogą nas ranić i całkowicie nami zachwiać. Pokój wewnętrzny znika. Teresa przestrzega nas przed tym i, jako wspaniały pedagog, proponuje nam rozwiązanie: „Gdyby kiedy jakie słowo nierozważne tę zgodę zamąciło, tejże chwili, w samym zarodku, złemu zaradźcie albo jeśliby nie ustąpiło od razu, póty usilnie się módlcie, póki nie będzie stłumione” (DD 7, 10). Jakże bliski jest związek między modlitwą w ciszy a pokojem!

Teresa przygotowuje w ten sposób klimat modlitwy skupienia. W tę modlitwę wchodzi się z całym swoim życiem. Wszystko w nas musi stać się pokojem i ciszą. Bóg dokończy to, co zaczęliśmy pod wpływem Jego łaski.

Zapomnieć o sobie

Podstawą miłości braterskiej jest oczywiście dar z siebie. Bóg może udzielać się w pełni tylko temu, kto i siebie daje całkowicie. Teresa bardzo obstaje przy „dziełach”. Bardziej „niż wszelkie czułości i pieszczotliwe słowa” liczy się przykład, zapomnienie o sobie (DD 7, 8).

To zapomnienie winno być owocem świętej wolności ducha. To słowo jest u Teresy kluczowe. „Jeślibyśmy nie miały ciągłej baczności i ustawicznie nie czuwały nad sobą, mnóstwo w nas jest rzeczy, które mogą nam uniemożliwić tę wolność ducha, do której dążymy, aby dusza, wyzwolona od cięższego niż ołów brzemienia ziemskich pożądliwości, mogła się wzbić w górę do Stwórcy swego” (DD 10, 1). Tę wolność ducha uzyskuje się poprzez oderwanie zewnętrzne, które jest pewną formą ubóstwa - Teresa mocno je akcentuje - a zwłaszcza poprzez oderwanie wewnętrzne, które coraz bardziej upodabnia naszą wolę do woli Boga. „A to wewnętrzne umartwienie i wyrzeczenie się siebie jest rzeczą gorzką i przykrą, bo mocno lgniemy do siebie i bardzo siebie kochamy” (DD 10, 2).

Jest oczywiste, że oderwanie się - jeden z trzech filarów podtrzymujących most modlitwy w ciszy - bierze początek w miłości braterskiej przez całkowity dar z siebie. Oderwanie się przeżywane na co dzień zadziwiająco wzbogaca związki międzyludzkie. „A więc może znowu wam się wyda, że takie dusze nikogo i niczego nie kochają i kochać nie umieją, jeno Boga samego. Owszem, upewniam was, kochają one nierównie mocniej, goręcej i bardziej owocną miłością niż inne. Jest to miłość szlachetna, zawsze ochotna raczej dawać niż brać. Względem Boga tak samo postępują. Tylko taka miłość godna jest tej nazwy, a wszelkie inne niskie przywiązania przywłaszczają jeno miano miłości” (DD 6, 7).

Miłość braterska, zakorzeniona w całkowitym darze z siebie, jest miłością darmową. Wzajemności nie można się domagać, nie można jej żądać. Nie, żadnego niewolnictwa! Miłość ta jest oparta na wartościach niewzruszonych. Spojrzenie zgłębia całe jestestwo drugiego. „Osoby te, kiedy kochają, nie zatrzymują spojrzenia na ciele, lecz wzrokiem duchowym sięgają do duszy tego, kogo miłują, i patrzą, czy jest w niej co godnego miłości. Jeśli tam tego nie znajdują, to wystarczy, że dostrzegą choćby tylko zarodek dobra, które zapowiada, że drążąc tę kopalnię, złoto się z niej dobędzie. Wtedy dla dobra tej duszy ich miłość żadnego trudu nie żałuje i nie ma takiej ofiary, której by ochotnie z siebie nie uczyniły. Chcą bowiem i pragną ją miłować, a wiedzą to dobrze, że miłość między nimi jest rzeczą niemożebną, jeśli ta dusza dóbr duchowych nie posiada i Boga nie kocha” (DD 6, 8).

Miłość braterska jest zawsze dla Teresy miłością płomienną: „Kogo zaś miłuje, pracuje ze świętą namiętnością nad tym, aby dusza ta ukochała Boga i przez niego była kochana” (DD 6, 9). Drugi jest wciągany w tę samą płomienną miłość do Boga. „Jest to, powtarzam, miłość w najmniejszej mierze dbająca o siebie; o to jedynie dba, by tę duszę, którą kocha, ujrzała bogatą w dobra niebieskie” (DD 7, 1).

W całkowitym zapomnieniu o sobie miłość się oczyszcza i chociaż nadal - na szczęście - jest miłością naprawdę ludzką, miłość duchowa przenika całą osobę. Kocha się innych przez Boga i zdążając do Boga. Wspieramy się wzajemnie na tej drodze ku Pełni miłości. A Teresa daje nam bardzo praktyczne wskazówki: „W tym duchu szczerej miłości bierzcie udział i w rozrywkach sióstr. [...] Wzajemne między nami współczucie jest rzeczą dobrą i chwalebną. [...] Najwięcej powinno cię boleć, gdy spostrzeżesz w siostrze widoczną jaką wadę czy niedoskonałość; umieć tę wadę cierpliwie znosić i nie objawiać z jej powodu zdziwienia czy zgorszenia, to będzie miłość prawdziwa. [...] Będziesz więc gorąco tę siostrę polecała Bogu, będziesz ze wszystkich sił twoich starała się spełniać jak najdoskonalej cnotę przeciwną tej wadzie, którą w siostrze widzisz. [...] Niepodobna by twa siostra nie zrozumiała tej milczącej nauki, jaką jej przykładem swoim dajesz. [...] Takie oddziaływanie jednych na drugie jest bardzo zbawienne. Ważna to przestroga, o której nie powinnyście zapominać” (DD 7, 7).

Teresa pomaga nam przejść stopniowo od naturalnej zażyłości do przyjaźni duchowej rozwijanej przez modlitwę w ciszy. Przekazuje nam bardzo wyważoną doktrynę, która nie neguje naszej uczuciowości, lecz zwraca ją ku Panu, by ją oczyścił i przemienił według własnej swej woli. Chrystus Zmartwychwstały bowiem zamieszkuje całą naszą osobę. Wchodzi On w nasze przyjaźnie i prowadzi je do pełni poprzez przyjaźń swoją, jak to obiecał.

Teresa pociąga całą naszą osobę ku Bogu, co wcale nie znaczy, że nasze życie będzie podobne do życia aniołów. Nie jesteśmy czystymi duchami! Nie możemy odstawić na bok naszej uczuciowości; wprost przeciwnie - mamy rozwijać ją w życiu duchowym. Pan chce przemienić całe nasze jestestwo. Wszystko w nas ma być napełnione Duchem. Zmartwychwstanie już się zaczęło. Słowo stało się ciałem! Zauważmy przy okazji, jak bardzo Teresa była skupiona na człowieczeństwie Chrystusa. „Jest to, powtarzam, miłość zupełnie bezinteresowna, podobna do tej, jaką nas umiłował Chrystus” (DD 7, 4).

Teresa naprawdę zbudowała dla nas, przez modlitwę w ciszy, pomost między Bogiem a człowiekiem. Ten most spoczywa na solidnych podstawach: w środku - miłość bliźniego, po obu stronach - pokora i oderwanie. To z naszej ludzkiej rzeczywistości przygotowujemy Panu kielich wyboru przeznaczony na przyjęcie wody żywej. „Kto wierzy we Mnie, z tego wnętrza popłyną strumienie wody żywej” (por. J 7, 38).

Teresa zachęca nas, byśmy wstąpili w ślady Jezusa, Tego, który, „umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował” (J 13, 1).

4. KU MIŁOSNEMU TRWANIU WOBEC BOGA W CISZY

Zanim wkroczymy na tę drogę, dobrze jest wiedzieć, dokąd ona prowadzi. Po co trwać wobec Boga w ciszy? Po co poświęcać na to osobny czas, tak zresztą cenny, jeśli można by go wykorzystać służąc drugiemu? Tyle jest ważnych spraw. Myślę, że wszystko zależy od tego, na ile chcemy, by Chrystus był w naszym życiu obecny. Jaka jest jakość naszego z Nim związku?

Modlić się w ciszy to łączyć się z Chrystusem. Modlitwa obecności jest moją miłosną odpowiedzią Temu, o którym wiem w wierze, że mnie kocha. Pozwalam Mu, by nasycił mnie swą miłością.

Dla świętego Pawła sercem życia chrześcijańskiego, jak również jego pełnią, jest poznanie Chrystusa. Poznanie, które w Biblii obejmuje zwykle całego człowieka. Poznaje się drugiego całą swoją osobą. Żyć „w Chrystusie” to żyć w zupełnym z Nim zjednoczeniu. To dokonać wyboru. „I owszem, nawet wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa, Pana mojego” (Flp 3, 8). Paweł chce „pozyskać Chrystusa i znaleźć się w Nim”; to dlatego zgadza się „wyzuć się ze wszystkiego” (tamże). Nie wchodźmy na drogę modlitwy w ciszy, jeśli nie chcemy pozyskać Chrystusa. Lecz, z drugiej strony, modlitwa w ciszy nauczy nas chcieć „Go pozyskać”, pragnąć „znaleźć się w Nim”. Więc nie wahajmy się zacząć!

Towarzysz życia

Chrystus był w centrum życia Teresy. Jezus znał Teresę, a Teresa znała Jezusa! Na tę głęboką łączność wskazuje wiele faktów z jej życia. Jezus był dla niej towarzyszem życia. Ona sama daje nam taką radę: „Zalecają one [książki traktujące o modlitwie w ciszy] mianowicie, byśmy starali się odwracać myśl od rzeczy zewnętrznych, dla łatwiejszego zbliżenia się do Boga; byśmy w samychże zatrudnieniach zewnętrznych usiłowali choć chwilami wejść w siebie i wspominali na obecność Tego, który przebywa we wnętrzu naszym, co samo już z wielkim jest dla duszy pożytkiem. [...] Niech się ćwiczy w tym skupieniu na każdy dzień po wiele razy, jeśli może. Jeśli nie, to choć kilka razy na dzień; prędzej lub później nawyknie do tego i wielką korzyść odniesie. Gdy raz dostąpi tej łaski, że Pan jemu się odda, nigdy już za żadne skarby świata nie zrzekłby się tego szczęścia. [...] Przy Bożej pomocy w rok jeden, może w pół dojdziecie, upewniam was, do celu. Patrzcie, jaki to krótki trud w porównaniu z tak ogromnym zyskiem. Będziecie miały w ten sposób założony w sobie mocny fundament. Jeśli Pan zechce wznieść w was wielką budowę, to znajdzie was przygotowane tuż przy boku swoim” (DD 29, 5-8). Inaczej mówiąc, związek z Chrystusem obejmuje i naznacza całe życie. Czas modlitwy obecności wyraża więc zasadniczą postawę: postawę wiary, nadziei, miłości. Kocham Chrystusa, oddaję się Mu, tęsknię za spotkaniem się z Nim w pełni.

Postawa ta, nawet dla kogoś, kto nagle znalazł się pod działaniem łaski, jest możliwa do osiągnięcia tylko dzięki ćwiczeniu. Uczymy się poznawać Chrystusa, czyli kochać Go. A pierwszym krokiem do modlitwy obecności jest bez wątpienia „rozkochanie się” w Chrystusie, którego trzeba powoli się uczyć. Kiedy zaś się w Nim rozkochamy, trzeba nam pogłębiać nasz związek z Nim i go podtrzymywać, chronić tę miłość. Musimy „przyuczać się stopniowo do „coraz gorętszego rozmiłowania się w świętym Jego Człowieczeństwie” (Życie 12, 2). Tak, trzeba nam wejść w Chrystusa. Biskup Tarbes i Lourdes bardzo dobrze ilustruje tę myśl, gdy pisze: „Nie można podziwiać witraży katedry, nie wszedłszy do środka. Nie można podziwiać takiej symfonii form i kolorów, nie widząc ich w przechodzącym przez nie słońcu. W Kościele światło Słońca, którym jest Chrystus, jest stale obecne dla tego, kto wierzy. Musimy wejść w Kościół, trwać miłośnie, uczynnie i z pokorą w Jego sercu”. A każdy nosi Kościół w swoim sercu, każdy jest Kościołem. Serce, które się modli, rozszerza się do wymiarów Kościoła. To w tej eklezjalnej przestrzeni spotykamy Chrystusa. Modlić się modlitwą obecności to wpatrywać się w Chrystusa żyjącego w swoim Kościele.

Pierwsze kroki

Wielu czytelników tej książki ma już zapewne doświadczenie modlitewnego trwania wobec Boga w ciszy. Nie muszą więc zatrzymywać się na pierwszych etapach tej modlitwy, o których chciałbym teraz powiedzieć kilka słów. Ale czy nie jest czasem dobrze rzucić okiem na przeszłość, chociażby po to, by podziękować Panu, który prowadził nas całą tą duchową drogą? Poza tym zawsze można dostosować, a nawet poprawić sposób, w jaki modlimy się w ciszy. Nie żeby zaczynać od nowa przebytą już drogę, lecz by ewentualnie skorzystać z niektórych rad. Prawdziwa modlitwa czyni pokornym, a człowiek pokorny nie przestaje cieszyć się z możliwości nauczenia się dróg modlitwy obecności. Zawsze uważa się za początkującego.

Jak więc zacząć nasze miłosne trwanie z Panem? Współczesna filozofia bardzo podkreśla jedność ciała i duszy. Owocem tej myśli był szeroko rozwijany temat modlitwy ciała. Wnętrze człowieka znajduje swój wyraz w postawach ciała, a z drugiej strony zachowanie się ciała wywołuje odpowiadającą temu postawę wewnętrzną. A zatem na początku modlitwy w ciszy rzeczą niezmiernie ważną będzie zwrócenie uwagi na postawy naszego ciała. Moje ciało w modlitwie - nic wyjątkowego - postawa prosta, pokorna, pełna szacunku dla Tego, z kim się spotkamy, postawa, która przyjmuje, oczekuje, zdaje się na Pana. Duch zaś idzie za ruchem ciała.

Moje spotkanie z Chrystusem rozpoczyna się od długiego spojrzenia. Od spojrzenia mojego na Chrystusa i spojrzenia Chrystusa na mnie. Spojrzenie w spojrzeniu! Między nami nie ma miejsca na żadną niejasność. Nasza relacja musi być całkowicie otwarta. Bo jeśli nie, to jak mogę kochać i pozwolić się kochać? Teresa streszcza tę wstępną postawę: „modlitwę należy poprzedzić rachunkiem sumienia, odmówieniem aktu skruchy i znakiem krzyża świętego” (DD 26, 1). Tak, wiemy o tym, ale zbyt często zapominamy, choć jest to postawa ważna, jeśli chce się znaleźć właściwe sobie miejsce wobec Chrystusa.

Nie zapomnijmy też wezwać Ducha Świętego, aby prowadził nas w naszej modlitwie obecności. To On, Duch, szepcze w nas samą modlitwę Jezusa: „Abba, Ojcze!” (Ga 4, 6) Jest On najlepszym nauczycielem modlitwy w ciszy. Wezwijmy również Najświętszą Pannę, Tę, w której Duch był modlitwą w pełni: „Matko, naucz nas modlić się”. Teresa odsyła nas do kogoś jeszcze: „Szczególnie dusze oddane modlitwie wewnętrznej powinny otoczyć go [świętego Józefa] czcią szczególną. [...] Kto nie znalazł jeszcze mistrza, który by go nauczył modlitwy wewnętrznej, niech sobie tego chwalebnego świętego weźmie za mistrza i przewodnika, a pod wodzą jego nie zbłądzi” (Życie 6, 8).

Również książka pomoże nam postąpić na drodze modlitwy obecności. Nie gardźmy nią, a zwłaszcza nie wyobrażajmy sobie, że nie potrzebujemy żadnej książki, żadnego tekstu drukowanego czy pisanego naszą ręką. Nawet jeśli go nie używamy i leży obok nas, odgrywa niezwykle cenną rolę. Jest jak anioł stróż, bardzo wierny, bardzo dyskretny, zawsze gotowy nam pomóc. Między nami a książką wytwarza się więź psychologiczna. Prosta świadomość, że ona jest, daje poczucie ufności i bezpieczeństwa, gdy nie możemy się modlić. Książka służy jako broń przeciwko roztargnieniom, a któż ich nie ma? Teresa, wnikliwy psycholog, mówi: „Przez cały ten czas nigdy, z wyjątkiem dziękczynienia po komunii, nie śmiałam przystąpić do modlitwy bez książki. Sama myśl, bym zaczęła modlitwę nie mając książki przy sobie, tak mnie do głębi duszy przerażała, jak gdybym sama jedna miała wyjść na spotkanie całej gromady czyhających na mnie nieprzyjaciół. Mając pod ręką tę pomoc, która mi była jakby towarzystwem i puklerzem do odbijania pocisków nastających na mnie myśli obcych, uspokajałam się. Oschłości wtedy były rzadkim wyjątkiem, ale zawsze je miewałam, ile razy brakło mi książki, bo zaraz wtedy trwożyła się dusza moja i myśli moje się gubiły, dopiero za pomocą książki powoli je znowu skupiałam i duszę, jakby przynętą, do modlitwy pociągałam. Często dość mi było na to samego już otworzenia książki, w innych razach czytałam krócej lub dłużej, wedle miary łaski, jakiej mi Pan użyczał” (Życie 4, 9).

Czas modlitewnego trwania w ciszy różni się bez wątpienia od czasu czytania duchowego. Modlitwa obecności w ciszy, stopniowo się upraszczająca, musi być podtrzymywana przez osobistą lekturę, która odbywa się w nieco innym czasie. Wiara, którą ćwiczymy w trakcie modlitewnego trwania wobec Pana w ciszy, musi być karmiona przez wytrwałe i regularne czytanie. Skoro modlitwa w ciszy jest wyrazem miłości, trzeba nauczyć się coraz lepiej poznawać Ukochanego. Oblubienica z Pieśni nad pieśniami, szukając swego Umiłowanego, przemierza ulice i place, wypytuje strażników, tych, którzy powinni wiedzieć, gdzie znajduje się Ukochany. Podobnie pogłębiona lektura pomaga nam w odkrywaniu tajemnicy Chrystusa. To, co uderzyło nas w trakcie czytania, może posłużyć następnie do obudzenia w nas ducha modlitwy. Jesteśmy przekonani, że znajdziemy na tej czy innej stronie dobrze nam znany tekst, który już tyle razy czytaliśmy i nad którym tyle już rozmyślaliśmy; tekst, który jest tuż obok, dostępny i który może nam posłużyć. Prosta czynność ponownego przeczytania tego tekstu może ponownie obudzić w nas łaskę, której był on wcześniej pośrednikiem. Tekst ów sprzyja skupieniu w trakcie modlitwy obecności i może towarzyszyć nam w ciągu całego dnia. Teresa wyznaje: „Pragnę mieć czas na czytanie, bo zawsze bardzo je lubiłam. Czytam jednak bardzo mało, gdyż skoro tylko wezmę książkę do ręki, skupiam się w sobie z wewnętrznego zadowolenia i tak czytanie zamienia się w modlitwę” (Sprawozdania 1, 7). Oczywiście, książka może niekiedy ustąpić miejsca zbiorowi tekstów świętych, przepisanych własnoręcznie z Ewangelii lub z książek duchowych. Niektórzy stworzyli pewien rodzaj „poezji” duchowej, na kształt dojrzałego owocu ich lektur. Można również posłużyć się obrazkiem lub ikoną. Posłuchajmy raz jeszcze rad Teresy: „Jako środek wielce ku temu pomocny, radzę każdej, by postarała się dla siebie o jaki, według własnego upodobania, obrazek czy figurkę Pana naszego, nie po to, aby je nosić ukryte w zanadrzu i nigdy na nie nie spojrzeć, ale aby przed tym wyobrażeniem jak najczęściej z Nim rozmawiać. On sam poda wam do serca, co Mu macie powiedzieć” (DD 26, 9).

W poszukiwaniu Ukochanego

Wróćmy do modlitewnego trwania wobec Pana w ciszy. Po tym okresie wstępnym, kiedy to otwieramy się na Chrystusa, przychodzi chwila osobistego z Nim kontaktu. „Towarzyszenie” jest zawsze dla Teresy słowem kluczowym. Jest tym jakby owładnięta. Tak jak nauczała nas dotrzymywać towarzystwa Panu w naszych codziennych zajęciach, tak tym bardziej uczy nas, jak z Nim przebywać w chwilach naszego spoczynku. Niektórym może się to wydać stratą czasu. Lecz dla świętych był to czas zyskany! Wystarczy poczytać czy zaśpiewać Pieśń nad pieśniami, by się o tym przekonać. Oblubienica pragnie z całego serca być blisko swego Ukochanego.

Tak jak róża oswoiła Małego Księcia, tak ja zbliżam się do Chrystusa, aby pozwolić Mu się oswoić. Poszukuję tego kontaktu „łagodnie, pokornie i z miłością” - jak mawiał Wawrzyniec od Zmartwychwstania, ten wielki, rozmodlony karmelita. Posłuchajmy też Teresy, naszej duchowej mistrzyni: „Zaraz po tym wstępie, ponieważ jesteś sama, postaraj się, córko, o towarzystwo. A jakież mogłabyś znaleźć lepsze nad towarzystwo samego Mistrza, który nauczył nas tej modlitwy, do której odmówienia się zabierasz? Przedstaw sobie Pana stojącego tuż przy tobie i patrz, z jaką miłością i z jaką pokorą raczy ciebie nauczać. Wierz mi, tak dobrego Przyjaciela nigdy nie powinnaś odstępować” (DD 26, 1). Modlić się modlitwą obecności to żyć w pobliżu Chrystusa. Zauważcie słowa, które podkreśliłem: towarzystwo, przy, przyjaciel. Obcować z przyjacielem, który jest bardzo blisko. Modlitewne trwanie z Bogiem jest spotkaniem serc, trwaniem serce przy sercu. Jest nas dwoje. Postawą pełną otwarcia zapraszam Chrystusa do siebie. „Gdy się przyzwyczaisz być zawsze w obecności Jego, a On będzie widział, że czynisz to z miłością i starasz się we wszystkim podobać się Jemu, już się od Niego, jak to mówią, nie odczepisz. Nigdy On ciebie ani na chwilę nie opuści, będzie cię wspierał we wszystkich strapieniach twoich, na każdym kroku będzie ci stróżem i pocieszycielem. Czy to mała rzecz, sądzicie, mieć zawsze i wszędzie przy boku takiego Przyjaciela?” (DD 26, 1) Jaką radością jest wiedzieć, że można przyspieszyć przyjście Chrystusa! Już święty Piotr nam to mówił: „W świętym postępowaniu i pobożności [...] oczekujecie i staracie się przyspieszyć przyjście dnia Bożego” (2 P 3, 11). Tę samą myśl znajdujemy u świętego Jana od Krzyża: „Dlatego prawdziwie kochający powinien się starać, by [...] ująć Boga, jeśli się tak można wyrazić, by więcej miłował i większe znajdował wytchnienie w jego duszy” (Pieśń B 13, 12)4. Czasami zapominamy, że pragnieniu musi towarzyszyć „święte postępowanie”, „prawdziwa” miłość; zapominamy, że Pan musi wiedzieć, „iż chcemy żyć jedynie po to, by Mu sprawić radość”. W poprzednim rozdziale rozwijałem temat „realizmu” terezjańskiego. Modlitwa obecności w ciszy wymaga zaangażowania się w miłość braterską, domaga się życia według Ewangelii.

Wyobrazić sobie Chrystusa

Skoro Chrystus jest naszym przyjacielem, wszystko, co Go dotyczy, powinno nas interesować, począwszy od Jego życia i Jego własnych słów. Przekazały nam je Ewangelie. Więc na początku naszego modlitewnego trwania z Bogiem otwórzmy Ewangelię. Spotkamy tam żywego Jezusa, spojrzymy na Niego poprzez jakiś epizod z Jego życia. Wiemy, że Teresa bardzo lubiła kontemplować Chrystusa cierpiącego. Chrystus przywiązany do słupa oraz Ecce homo cały w ranach ożywiały jej pobożność w sposób szczególny. Ileż to obrazów Chrystusa przy słupie spotkałem w trakcie mej pielgrzymki do Hiszpanii i wszystkie one pełne były cierpienia. Z jakim realizmem szesnastowieczna sztuka hiszpańska potrafiła wyrazić człowieczeństwo Chrystusa! Nic dziwnego, że obraz cierpiącego Chrystusa odegrał tak wielką rolę w rozwoju duchowym Teresy. Otrzymała ona łaskę „nawrócenia”, czysty owoc Bożego miłosierdzia, spoglądając na niewielką figurę Ecce homo. Ten obraz Chrystusa, „który umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie” (Ga 2, 20), towarzyszył Teresie w ciągu całego życia. W Medina del Campo pokazuje się zwiedzającym malutką figurę Chrystusa przy słupie, która umieszczona jest w szklanej kopule. Tę właśnie figurę Teresa miała zawieszoną przy różańcu. Miała ją ciągle przed oczami.

Teresę fascynowała też inna scena z Męki - Chrystus w Ogrodzie Oliwnym. Od dzieciństwa epizod ten głęboko ją naznaczył. Czy nie jest to przykład i wezwanie dla nas? „Przez wiele lat, każdej niemal nocy przed zaśnięciem, polecając Bogu duszę swoją na spoczynek, zastanawiałam się chwilę nad tą tajemnicą modlitwy w Ogrójcu, pierwej nawet jeszcze nim zostałam zakonnicą, bo mi powiedziano, że do tego rozmyślania przywiązane są liczne odpusty; i sądzę, że wielką z tego korzyść odniosła dusza moja, zaczynając tym sposobem praktykować modlitwę obecności w ciszy, nim jeszcze dowiedziała się, na czym ta modlitwa polega. Dzięki długoletniemu nawyknięciu, tak mi ta pobożna praktyka weszła w zwyczaj, że nigdy jej nie opuściłam, tak samo jak przeżegnanie się przed zaśnięciem” (Życie 9, 4). Łatwo więc teraz zrozumieć, dlaczego Teresa podkreśla tak bardzo szacunek wobec człowieczeństwa Chrystusa i jego rolę w naszej modlitwie w ciszy, postrzeganej jako „miłosne trwanie”. Oto zdrowa teologia. „Takiego się trzymałam sposobu modlitwy: starałam się przedstawiać sobie Chrystusa w duszy swojej. [...] Szczególnie też bardzo się lubowałam w rozważaniu modlitwy Jego w Ogrójcu i rada Mu w niej towarzyszyłam” (Życie 9, 4).

Miłosne rozmyślanie

Oto dlaczego Teresa chętnie poleca nam tę scenę jako temat do rozmyślań w czasie naszego obcowania z Panem. „Wracam teraz do tego, o czym wyżej mówiłam, to jest do rozmyślania o Chrystusie Panu przywiązanym do słupa. Dobrze jest bez wątpienia jakiś czas zastanowić się nad tym i roztrząsać mękę, jaką Pan tam ucierpiał, za co ją ucierpiał, kto jest Ten, który tak cierpiał, i z jaką miłością cierpiał” (Życie 13, 22). Oto piękny przykład medytacji w klasycznym tego słowa znaczeniu. Angażujemy wszystkie nasze zdolności. Przedstawiamy sobie scenę z Ewangelii, w której centralną postacią jest Chrystus, i zastanawiamy się: kto, jak, dlaczego, dla kogo?

To wpatrywanie się w Chrystusa cierpiącego bardzo nam pomoże przezwyciężyć nasze własne cierpienia w chwili, gdy nas samych ogarnia smutek czy ból. „Jeśli jesteście smutne i w strapieniu, patrzcie na Pana w Ogrójcu. [...] Patrzcie na Pana przy słupie, nasyconego boleścią. [...] Albo zobaczcie Go obarczonego Krzyżem. [...] Zobaczcie, jak spogląda na was tak pięknymi, tak współczującymi, łzami zalanymi oczyma. [...] Przypatrujcie się, z jakim trudem On - upadający od znużenia - postępuje i jak cierpienia Jego nad wszelki wyraz przewyższają cierpienia wasze. Jakkolwiek by te ostatnie przedstawiały się wam wielkie i srogo was raniły, z pociechą je znosić będziecie, czując to, że wobec tego, co ucierpiał Pan, nie są one warte i wspomnienia” (DD 26, 5.7).

Dla Teresy nie chodzi tu o pracę czysto intelektualną. Chodzi o miłosne spotkanie. Praca wyobraźni i rozumu jest tylko przygotowaniem do głębszego kontaktu. „Ja”, które spotyka się z „ty”. To sprawa miłości. Choć już cytowałem ten fragment, przypomnę, co Teresa mówi na ten temat: „Tego tylko pragnę, byście wiedziały i o tym pamiętały, że jeśli chcemy znaczny uczynić postęp na tej drodze i dojść do tych mieszkań, do których tęsknimy, nie o to nam chodzić powinno, byśmy dużo rozmyślały, jeno o to, byśmy dużo miłowały, a zatem to głównie czynić i do tego przykładać się powinnyśmy, co skuteczniej pobudza nas do miłości” (Twierdza IV 1, 7). Modlitwa w ciszy rozgrywa się więc na poziomie samego naszego istnienia i relacji. Chcemy stać się dla Niego obecnymi i szukać Jego obecności. „Odsłoń przede mną obecność Twoją” - wykrzykuje święty Jan od Krzyża w swej Pieśni duchowej (B 11). Temat „obecności” we współczesnej filozofii i jego zastosowania w duchowości modlitwy byłby bardzo ciekawy do rozwinięcia. Niestety, przekracza to możliwości tej książki.

Proste spojrzenie

Teresa przestrzega nas przed takim trwaniem na modlitwie, które gubiłoby się daremnie w wysiłku intelektualnym i polegałoby jedynie na znajdowaniu odpowiedzi na pytania, które sobie stawiamy. „Lecz nie należy ciągle i wyłącznie się wysilać na wynajdowanie tych punktów; lepiej spokojnie stanąć przy boku cierpiącego Pana, uspokoiwszy rozum, albo tak go zajmować, jeśli to możliwe, by spoglądał na Tego, który nań spogląda, towarzyszył Mu, prośby swoje w pokorze przed Nim wynurzał i cieszył się obecnością Jego, pomnąc przy tym na niskość swoją, iż nie jest godzien tak z Nim i przy Nim zostawać. Kto zdoła takimi przejąć się myślami i uczuciami już nawet z samego początku modlitwy, ten wielką korzyść odniesie, gdyż ów sposób modlitwy bardzo wiele przynosi, a w każdym razie tak było w przypadku moim” (Życie 13, 21). W rzeczy samej, wszystko wolno temu, kto kocha. Miłość jest pełna inwencji: wyraża się na tysiąc sposobów. Teresa wylicza tylko niektóre z nich. Gdyż w relację z Chrystusem angażuje się cały człowiek, zarówno w swym życiu intelektualnym, jak i uczuciowym. Rozpoczyna się dialog. Jest rzeczą bardzo dobroczynną to, by trwać przed Chrystusem i powierzać Mu zmartwienia naszego serca: „Jeśli na ten widok serce wam zmięknie, jeśli patrząc na Oblubieńca waszego, takie męki cierpiącego, uczujecie w sobie potrzebę przemówienia do Niego i wylania przed Nim serca swego, mówcie, i owszem, tylko nie sadźcie się na piękne i wytworne wyrazy, ale w słowach prostych, wprost z serca idących, bo On takie tylko ceni, mówcie do Niego” (DD 26, 6).

Rozmawiać, ale przede wszystkim patrzeć! Niech słów będzie coraz mniej! Zresztą po jakimś czasie wszystko już powiemy! Co wtedy pozostaje uczynić, jeśli nie żyć Jego obecnością poprzez proste spojrzenie? Wiemy, że On wpatruje się w nas, a my odpowiadamy na Jego spojrzenie. Jesteśmy razem. Jesteśmy szczęśliwi. Niekoniecznie radością, która przejawia się w emocjonalnych reakcjach, lecz pokojem, który wstępuje głęboko w nasze serce, szczęściem, które staje się udziałem ducha. Wiara nasza czerpie z tego światło, nadzieja się umacnia, miłość staje się gorętsza. Ale posłuchajmy raczej samej Teresy: „Nie żądam od was wielkich o Nim rozmyślań ani natężonej pracy rozumu, ani zdobywania się na piękne, wzniosłe myśli i uczucia - żądam tylko, byście na Niego patrzyły. A któż wam może tego zabronić? Co wam może przeszkodzić, byście, gdy nie zdołacie uczynić nic więcej, nie miały zwrócić na Niego, choćby chwilowo, oczu duszy waszej? [...] Czy więc wielką to wyda wam się rzeczą, byście choć czasami, zamknąwszy oczy duszy na rzeczy zewnętrzne, zapatrywały się na Niego? [...] Zważcie, że w każdej chwili, kiedy tylko zechcecie, znajdziecie Go. On tak pragnie, byśmy nań spoglądały, że nie opuszcza żadnego starania. [...] Czy więc wielka to rzecz, byście na Tego, który tyle wam darował, choć niekiedy wspomniały i oczy wzniosły na Niego?” (DD 26, 3-4)

Przez tę modlitwę prostego spojrzenia Teresa przygotowuje nas do modlitwy skupienia. Ten sposób modlitwy szczególnie leży jej na sercu, gdyż otwiera on drzwi do największych łask. „Co do mnie, wyznaję, że nigdy nie wiedziałam, co to jest dobrze się modlić, dopóki mnie Pan nie nauczył. Z tego zaś przyzwyczajenia skupiania się wewnętrznego tyle odniosłam pożytku, że nie mogę dosyć nadziękować się Panu” (DD 29, 7). Jest to temat następnego rozdziału. Tymczasem albo przez miłosne rozmyślanie, albo przez modlitwę prostego spojrzenia przygotujmy się do przeżycia nowego etapu na drodze modlitwy w ciszy.

5. WYCISZYĆ SIĘ

Celem miłosnego trwania w obecności Pana nie jest to, by zatopić się we wzniosłych uczuciach, by rozkoszować się „piękną modlitwą”, by móc chwalić się przed innymi własnymi doświadczeniami. Kto poszukuje sam siebie w modlitwie obecności, szybko jej zaniecha, gdy stanie się ona mniej przyjemna. Wchodzimy w modlitwę w ciszy jedynie po to, by pozwolić Bogu obdarzyć nas Jego miłością. Nawet jeśli nie czuję się „w formie”, wierzę, że Bóg mnie kocha. Nie modlę się po to, by być bardziej użytecznym drugiemu człowiekowi - będzie to wynikiem mojej modlitwy i przyjmę go z wdzięcznością - ale po to, by otworzyć się na darmowość miłości. „Miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany” (Rz 5, 5). Oddaję się do dyspozycji, aby przyjąć tę miłość Chrystusa i pozwolić Mu przynosić we mnie owoce. Ta owocność jest Jego dziełem. Zdaję się z nią na Niego. Nie jest ona moim głównym celem.

Nasłuchując

Poprzez cały Stary Testament rozbrzmiewa to wezwanie Boga: „Słuchaj, Izraelu!” Co więcej, w Nowym Testamencie sam Ojciec każe nam wsłuchiwać się w swego Syna. „To jest Syn mój, Wybrany, Jego słuchajcie!” (Łk 9, 35) Jezus porównuje się do dobrego pasterza, którego głosu owce słuchają. „Woła on swoje owce po imieniu i wyprowadza je [...], a owce postępują za nim, ponieważ głos jego znają” (J 10, 3-4). Czyż nie tym właśnie jest miłosne trwanie wobec Pana w ciszy: nasłuchiwanie wewnętrznego wezwania i rozpoznawanie głosu Chrystusa? By móc słuchać, należy zachować ciszę. Trzeba, bym wszedł do tego ukrytego miejsca i pozwolił głosowi Pana rozbrzmiewać we mnie. Miejsca tego nie można fizycznie zlokalizować. Chodzi o postawę mnie całego. Jan od Krzyża wiele mówi o tej miłosnej uwadze5. Dusza staje wobec Pana w miłości. Poprzez modlitwę miłosnego rozmyślania lub prostego spojrzenia Teresa już nas przygotowała do głębszej modlitwy, którą nazywa „modlitwą skupienia”, a którą można by również nazwać modlitwą wewnętrznej ciszy. Chodzi w niej bowiem o to, by starać się trwać przed Panem w ciszy, być czujnym na Jego wezwanie, po to by usłyszeć Jego głos. Wyruszamy na poszukiwanie Boga ukrytego wewnątrz nas. „Nie potrzeba jej [duszy] skrzydeł, aby latała szukając Go, ale dość jej udać się na samotność i wpatrywać się w Niego obecnego we własnym jej wnętrzu. I nie oddalać się od tak drogiego Gościa” (DD 28, 2).

Jak się skupić?

W tym dążeniu do skupienia ducha można by wyróżnić dwa etapy, które się zazębiają. Chodzi tu najpierw o stopniowe uwewnętrznienie, a następnie o wejście w kontakt z żyjącym w nas Gościem. W ten sposób, według Teresy, najlepiej przysposabiamy się do tego, by pozwolić samemu Panu skupić nasze władze: „Ten sposób modlitwy, choć ustny, niezrównanie prędzej niż inne doprowadza umysł do skupienia się i niezliczone za sobą niesie korzyści. Nazywa się ten sposób modlitwą skupienia dlatego, że dusza skupia tu wszystkie swoje władze i wchodzi w siebie razem z Bogiem swoim. I boski Mistrz zaczyna ją nauczać, i przysposabiać do modlitwy odpocznienia prędzej niż jakimkolwiek innym sposobem” (DD 28, 4).

Ten wysiłek uwewnętrznienia zaczyna się jeszcze przed rozpoczęciem modlitwy w ciszy. Ta staje się częścią życia, szczególnego sposobu życia. Jest on tym, co nazwano „pośrednim przygotowaniem” do modlitwy w ciszy. Wszystko winno się do tego przyczyniać. Nie akceptujmy dwuznaczności w naszym postępowaniu, zarówno zewnętrznym, jak i wewnętrznym. Zresztą nie jest możliwe grać z Bogiem w ciuciubabkę. Tym bardziej, że w tej modlitwie pozostaję twarzą w twarz z Panem, od którego nie mogę odwrócić wzroku. W Jego spojrzeniu wyczytuję własne życie. Na szczęście jest to spojrzenie miłości.

To właśnie w ramy takiego życia - życia całkowicie „skupionego” w Bogu - wpisuje się dążenie do właściwego skupienia na początku modlitwy w ciszy. Już nadmieniłem, że skupienie zewnętrzne przywołuje, jeśli można tak powiedzieć, skupienie wewnętrzne, które według Teresy polega na skupieniu wszystkich władz i wejściu ze swoim Bogiem do głębi samego siebie. Spróbujmy wykonać ten ruch.

„Skupić” oznacza najpierw „zebrać”. A zatem, kiedy się skupiam, zbieram swoje władze rozproszone przez codzienne zajęcia. Być może przez cały dzień wpatrywałem się w monitor komputera. W uszach mam ciągle jeszcze odgłosy miasta. Jestem przesycony zapachem fabryki. W ustach czuję smak kurzu robót prowadzonych na mojej ulicy. Moje zewnętrzne zmysły są nie tylko rozsiane, są również rozmnożone. Każde nowe odczucie otwiera mnie na kolejne odczucia. Czuję się rozdarty, podzielony. Zacznę więc od uświadomienia sobie moich pięciu zmysłów, aby następnie je oczyścić i doprowadzić do głębi samego siebie, w ciszę swojego serca. Uwewnętrznienie to nie dokonuje się bez trudności. „Przyklejam się” do materii, do zdarzeń, do całości mych przeżyć.

Mogę na przykład skupić się, zanosząc przed Pana to, co mnie uderzyło i co wciąż mnie zajmuje. Mówię Mu o tym podczas mojego miłosnego z Nim trwania - i modlitwa ta już jest znakomita - po czym łagodnie wprowadzam moje zewnętrzne władze - pięć moich zmysłów - w przedsionki Pana. Posłuchajmy, co Teresa ma tu do powiedzenia: „Z pokorą najgłębszą mówić do Niego jak do Ojca, prosić Go jak Ojca i cieszyć się Nim jak Ojcem...” (DD 28, 2) Moje zmysły mogą wtedy odpocząć. W głębi mnie samego odnalazły one swą jedność, swą harmonię.

Zbieram nie tylko władze zewnętrzne - pięć moich zmysłów - ale i władze wewnętrzne: pamięć, wyobraźnię i cały świat uczuć, emocji, upodobań. I jestem tym jak urzeczony. Z jaką żywością i świeżością wraca moja przeszłość. Co do mojej wyobraźni, to jest ona tak twórcza, że w tej samej chwili jawi się przede mną i moja przyszłość. Jakie wspaniałe plany! I to ja jestem ich autorem! Jak wprowadzić jedność w ten wewnętrzny, tak złożony i często tak sprzeczny świat? Jak uniknąć tych okropnych roztargnień? Teresa dodaje nam odwagi. Porównuje nasze władze do pszczół, które bez przerwy należy przywoływać do ula. „Zrazu wprawdzie zwycięstwo to nie będzie jeszcze tak widoczne, bo skupienie wewnętrzne ma różne stopnie i z początku nie jest jeszcze tak głębokie. (Dusza również nie jest jeszcze do tej walki nawykła i niemało utrudnia ją ciało, które z uporem domaga się praw swoich, nie rozumiejąc tego, że oporem swoim przeciw jarzmu, które rozum i wola mu nakładają, samo siebie zabija, nie chcąc być pokonane). Ale gdy wytrwale na każdy dzień taką walkę staczamy, po niedługim czasie ujrzymy jasno, jak sowicie trud tej walki się opłaca. Ledwo przystąpimy do modlitwy, a już posłuszne zmysły jak pszczoły zbiorą się do ula wyrabiać miód. I stanie się to już bez żadnego trudu ani wysilenia naszego, bo Pan za to, że przez czas krótki cierpliwie i wytrwale znosiliśmy trudy, przedziwną duszy i woli daje władzę nad zmysłami, tak iż dość, że damy im znak, dość jednej chwili skupienia, a wszystkie się zbiorą we wnętrzu. A choć potem może się znów rozpierzchną, zawsze już to wielka rzecz, że raz się poddały; wychodzą już bowiem uległe i nie szkodzą jak przedtem. Z większą jeszcze niż przedtem skwapliwością stawiają się na zawołanie. Aż po wielu taki odejściach i powrotach na rozkaz Pański zupełnie się uspokajają i wraz z duszą wchodzą w odpocznienie całkowitej kontemplacji” (DD 28, 7).

Co mamy czynić w głębi nas samych?

Niektórzy praktykują skupienie jako cel sam w sobie. Szukają w nim dobrego samopoczucia, będącego owocem wewnętrznego wyciszenia i harmonii. Lecz nie to jest modlitwą chrześcijańską. Skupienie jest tylko pierwszym etapem prawdziwego spotkania z boskim Gościem, zamieszkującym serce człowieka. Teresa uczy nie tylko tego, jak skupić wszystkie nasze władze, ale i tego, jak wejść w głębię nas samych, wraz z naszym Bogiem. Słowo „towarzystwo”, jak zdążyliśmy zauważyć, pojawia się u niej bardzo często. Nie zamykam się więc w sobie. Skupienie moich władz zewnętrznych i wewnętrznych przechodzi w miłosną uwagę na Boga żyjącego w głębi mnie samego. Jest to drugi etap, w którym kieruję się ku Niemu. Nawiązuję z Nim kontakt. Można by powiedzieć, że jest to modlitwa relacji, czyli modlitwa, podczas której przeżywamy świadomie więź z Bogiem. Wchodzę do świątyni Trójcy Świętej, którą jest dusza. Jest to ulubiona świątynia świętej Teresy: „Święty Augustyn powiada, że szukał Boga wszędy wkoło siebie, aż wreszcie znalazł Go w samym sobie. Czy mały to będzie, sądzicie, dla duszy roztargnionej pożytek, gdy zrozumie tę prawdę i przekona się, że na to, by mogła rozmawiać z Boskim Ojcem swoim i cieszyć się obecnością Jego, nie ma potrzeby wzlatywać aż do nieba ani modlić się głośno?” (DD 28, 2)

W czasie takiej modlitwy nie próżnujemy więc w głębi nas samych. Nie żyjemy też w przyjemnej pustce, która odnawia siły, czy w pasywności, która przeradza się w sen. Nie. Wchodzimy w zażyłość z Bogiem. Wchodzimy w nią świadomie, w skupieniu, oczekując na przyjście Pana. Trwamy jak Abraham u wejścia do swego namiotu, by przyjąć trzech przybyszów, którzy się pojawiają: „Racz nie omijać Twego sługi” (Rdz 18, 3). Zaś Mojżesza zachęca Pan Zastępów, by był obecny przy Jego tajemnym przejściu: „Oto miejsce obok Mnie, stań przy skale” (Wj 33, 21). A prorokowi Eliaszowi mówi: „Wyjdź, aby stanąć na górze wobec Pana” (1 Krl 19, 11).

Nowe serce

„Stać przed Bogiem”, być całkowicie zwróconym ku Niemu, z sercem niepodzielonym. Zamykam oczy ciała, a otwieram oczy duszy. Posłuchajmy ponownie Teresy: „Do twierdzy wnętrza ściąga zmysły swoje i z taką siłą odgradza je od rzeczy zewnętrznych, że oczy mimo woli się zamykają, aby nie patrzyły na nie, a tym jaśniejszy wzrok miały na oglądanie tego, czego zmysły nie widzą. Najczęściej też, kto idzie tą drogą, modląc się, trzyma oczy zamknięte. Jest to zwyczaj doskonały i dziwnie pożyteczny. Z początku wprawdzie potrzeba duszy zadawać gwałt, aby nie patrzyła na rzeczy ziemskie; ale prędko do tego nawyka” (DD 28, 6).

Z doświadczenia Teresa wie, że nie wolno zostawiać swych władz bezczynnie, nie zajmując ich w żaden sposób. Przynajmniej na początku dobrze jest delikatnie sprowadzać je do wnętrza: „W tym skupieniu bowiem dusza, zostając sama z sobą, może łatwiej rozważać Mękę Pańską i przedstawiać sobie Syna jako obecnego, i ofiarować Go Ojcu, i bez utrudzenia myśli szukać Go na górze Kalwarii, w Ogrójcu, i przy słupie biczowania” (DD 28, 4). W tej medytacji nie zatrzymujemy się już nad szczegółami. Przedtem wszystkie nasze władze pracowały, by wyobrazić sobie jakąś scenę ewangeliczną i wejść w nią sercem. Teraz wszystko stało się spokojniejsze. Spojrzenie nie wchodzi już w szczegóły. Czynimy akt wiary, żeśmy blisko Niego. Serdecznie z Nim rozmawiamy. Ale i trwamy w ciszy. W ciszy przed tajemnicą Trójcy. Syn prowadzi nas przed oblicze Ojca. W tej samej chwili Duch jest tuż obok: „Między takim Synem i takim Ojcem, z konieczności znajdziecie tam i Ducha Świętego” (DD 27, 7).

Modlitwa czy zaangażowanie w świat?

Istnieje obecnie pewna tendencja do przeciwstawiania modlitwy i zaangażowania się w otaczającą rzeczywistość. Modlitwa równałaby się odejściu od ważnych spraw, na przykład zaniedbywaniu pomocy bliźniemu. Ci, którzy poświęcają na modlitwę osobny czas, są oskarżani o upodobanie do intymności z Bogiem, to znaczy do zamykania się z Nim w sobie. Mówi się im, że Boga można spotkać wszędzie: w przyrodzie, którą stworzył, w wydarzeniach, w bliźnim, a nawet w mediach. Należy więc mieć oczy otwarte, aby dostrzec i to, co ludzkie, i to, co w tym boskie. Czyż Bóg nie wcielił się w człowieczeństwo? I rzeczywiście, mają oni rację. Wszak Bóg objawia się w ludzkiej twarzy. Ale czy zawsze tak łatwo jest odkryć to, co boskie, w tym, co ludzkie, kiedy nigdy nie ćwiczymy się w długim obcowaniu, serce przy sercu, z Bogiem? W obrębie tego, co Boże, wszystko może stać się przezroczyste, ale trzeba to umieć rozeznać! A to wymaga relacji z Bogiem, przeżywanej na co dzień, i tym samym znajdowania osobnego czasu tylko i wyłącznie na modlitwę obecności w ciszy. Zwyczaj rozmawiania z Bogiem dojrzeje w nas naturalnie.

Ale jest jeszcze coś więcej! Miłość pragnie przebywać w pobliżu Ukochanego. Wystarczy przeczytać Pieśń nad pieśniami. Ta Pieśń staje się rzeczywistością i dziś. I bardziej nawet niż się myśli. Tak, również dziś można być zakochanym w Bogu! I wierzcie mi, jeśli nasza miłość jest prawdziwa, nie tylko znajdziemy czas na modlitwę w ciszy, ale zaangażujemy się w pełni w sprawy codzienne, gdyż inicjatywa w tym należeć będzie do samego Boga. Miłość przejawia się w całkowitym darze z siebie. Jezus dał tego przykład!

Poprzez modlitwę skupienia Teresa dąży do stałego zjednoczenia z Bogiem. Lecz tu skupienie jest jeszcze aktywne, to znaczy jest owocem naszego osobistego wysiłku, który podejmujemy - rzecz oczywista - przyciągnięci przez Boga. Teresa tłumaczy: „Gdy zechcę, mówię, bo skupienie jest rzeczą w zupełności nadprzyrodzoną, ale zależy od woli naszej, tak, iż gdy chcemy, możemy dojść do niego własnym staraniem naszym, przy pomocy, rozumie się, łaski Bożej, bez której nic uczynić nie możemy, nawet pomyśleć o czymś dobrym. Nie ma tu bowiem milczenia władz, tylko skupienie ich i zamknięcie we wnętrzu duszy” (DD 29, 4). To aktywne skupienie przygotowuje do skupienia pasywnego, gdzie sam Bóg nakazuje ciszę władzom. Powiemy o tym w następnym rozdziale.

Znakomita droga

Teresa winszuje sobie odkrycia tego sposobu modlitwy w ciszy, który sprawia, że bardzo szybko postępujemy na drodze do Pana. „Co do mnie, wyznaję, że nigdy nie wiedziałam, co to jest dobrze się modlić, dopóki mnie Pan nie nauczył. Z tego zaś przyzwyczajenia skupiania się wewnątrz siebie tyle odniosłam pożytku, że nie mogę dosyć nadziękować się Panu” (DD 29, 7). Praktykowanie takiej właśnie modlitwy obecności w ciszy jest „drogą znakomitą. [...] I niebawem ten [kto nią idzie] będzie pić wodę ze źródła, do którego szybkim krokiem się zbliża. Podobny jest bowiem do okrętu, któremu wiatry są pomyślne, i nierównie prędzej dopływa do celu podróży, niż inni podążający lądem, którzy doń dotrą o wiele później” (DD 28, 5).

Rozwińmy nasze żagle przy pomyślnym wietrze Ducha! To On przygotowuje nas do przyjęcia Bożego działania, do doświadczenia Jego boskiego dotyku, do pochwycenia łagodnego powiewu, jakim jest boskie Jego tchnienie. To On poszerza horyzont naszego zjednoczenia z Bogiem.

6. POZWOLIĆ, BY BÓG MNIE WYCISZYŁ

Znajdujemy się teraz na bardzo ważnym etapie naszego modlitewnego trwania wobec Pana w ciszy. Chodzi tu, jeśli można tak powiedzieć, o decydujące doświadczenie.

Od pierwszych kroków w stawaniu przed Bogiem w ciszy starałem się modlić, przyciągany, rzecz jasna, przez Pana. Rozmyślałem u Jego boku, rozmawiałem z Nim, trwałem przy Nim w prostym spojrzeniu, w miłosnej uwadze, narzucając, w miarę możliwości, ciszę moim zmysłom. Pan stał się dla mnie, dzięki tym długim chwilom obcowania, przyjacielem, bratem, ojcem, kimś bardzo mi bliskim. Wszystko to odbyło się poprzez powtarzane akty wiary, która, być może, była nieraz wystawiana na próbę - przechodziła swoją noc - kiedy indziej doświadczała głębokiej pewności, że się jest z Nim, że się do Niego należy. Ta modlitwa obecności stworzyła bardzo silne więzy między Bogiem a mną. Teraz, bez względu na to, czy na modlitwie doznaję pociech czy nie, mam w głębi poczucie wielkiego szczęścia. Wiem, że jestem przez Boga kochany. Pozwolił mi On odkryć drogę, która do Niego prowadzi.

Jeśli pozostanę wierny tej wzajemnej miłości, wcześniej czy później Bóg wprowadzi mnie do modlitwy głębszej. W niej bowiem to już nie ja wykazuję inicjatywę, to nie ja staram się być uważnym na Boga. Nie! Inicjatywę przejmuje On. Puka do moich drzwi. Jeśli otworzę, wchodzi i bierze w posiadanie cały mój dom. Znikają wtedy trudności z zebraniem i uciszeniem mych władz. On sam je wycisza. Dokonuje się we mnie gruntowna przemiana. Do tego czasu modliłem się lub usiłowałem się modlić, podczas gdy teraz doświadczam, że modlitwa jest mi dana bez najmniejszego wysiłku z mojej strony. I nie wiem, skąd mi to przychodzi. Przedtem usiłowałem się wyciszyć. Teraz wyciszeniu pozwalam się owładnąć. Ktoś inny wciąga mnie do wnętrza i tam zatrzymuje.

Pić ze źródła wody żywej

Teresa z Avila, prawdziwa mistrzyni w tej dziedzinie, używa sugestywnego porównania - porównania do wody - aby zilustrować ten postęp na drodze modlitwy. Woda - jeden z czterech żywiołów. Teresa bardzo lubiła ten obraz. W pierwszym rozdziale powiedzieliśmy, jaki był tego powód. W młodości kontemplowała obraz z Samarytanką: „Panie, daj mi tej wody”. Tą żywą wodą jest sam Chrystus. W czasie modlitwy w ciszy Teresa otwiera się na Niego, by otrzymać w obfitości wodę łaski, wodę Bożej Obecności. I zupełnie naturalnie znajduje wtedy „cztery sposoby” podlewania ogrodu swej duszy. Po pierwsze, można „ciągnąć wodę ze studni, co jest pracą bardzo uciążliwą” (Życie 11, 7). Tak zazwyczaj w jej czasach dobywano wodę. Tu zaczyna się dla Teresy pierwsza faza modlitwy obecności w ciszy. Poprzez medytację i za pomocą wszystkich swych władz staramy się rozmyślać o Bogu. Bardzo się męczymy, a mimo to rezultat jest dość mierny: za jednym razem ledwie jedno wiadro! Ale istnieją i inne sposoby: można również użyć „noriiczy wodociągu, dobywając wodę przez obracanie koła, jak tego sama nieraz próbowałam; tu praca mniejsza jest od poprzedniej i więcej dostaje się wody” (Życie 11, 7). Rodzina Teresy miała dom w Gotarrendura. Teresa widziała pracujących wieśniaków, być może nawet sama obracała kołem, aby rozlać wodę z wodociągu na pola. Praca ta była dość męcząca, ale rezultat był zadowalający. Kilka wiader za jednym zamachem! Dla Teresy obrazuje to modlitwę skupienia, w której swym władzom narzuca się ciszę. Trzeba doprawdy determinacji, by w to skupienie wejść i użyć wszystkich koniecznych do tego środków. Dusza czuje się tu dobrze. Woda zaczyna płynąć. Miłość nieustannie otrzymuje pożywienie. Ale jeśli zaprzestaniemy obracania kołem, skupienie znika. Woda przestaje płynąć. Nastaje susza. Pole wysycha.

Trzeci sposób nawadniania jest bardzo naturalny, ale często zapominamy się nim posługiwać. Można również sprowadzić wodę „z rzeki czy ze strumienia, i ten jest sposób o wiele lepszy, bo i ziemia obficiej się wodą nasyca, nie potrzeba więc tak częstego podlewania, i ogrodnik daleko lżejszą ma pracę” (Życie 11, 7). Podczas swych licznych podróży związanych z zakładaniem nowych klasztorów Teresa była wielokrotnie zmuszona do przeprawiania się przez rzekę, często nawet ryzykując utonięciem. Widziała, jak rolnicy umiejętnie nawadniają swe pola wykorzystując wodę z rzeki. Teresa dojrzała w tym obraz modlitwy: dusza otwiera się na działanie Boga, pozwala, by nawodnił ją wodą łaski, jaką jest miłość Ukochanego. Nie czyni nic ponad to, że przyjmuje. Skupia się po prostu na tym, by nie przepuścić godziny łaski. Woda płynie. Pozwólmy się nawodnić!

A oto, według Teresy, czwarty sposób podlewania ogrodu i jest on najbardziej naturalny: „za pomocą deszczu obfitego; wtedy Pan sam bez żadnej pracy naszej podlewa [nasz ogród], i ten sposób bez żadnego porównania przewyższa wszystkie poprzednio wymienione” (Życie 11, 7). Powiemy o tym nieco dalej.

Przyjrzyjmy się jeszcze trzeciemu sposobowi zaopatrywania się w wodę. Co się tak naprawdę dzieje? Skoro Bóg jest miłością, czyż może nas dziwić, że okazuje nam czasem tę miłość poprzez swój boski dotyk? Pieśń nad pieśniami rozpoczyna się tym wołaniem Oblubienicy: „Niech mnie ucałuje pocałunkami swych ust!” (Pnp 1, 2) Eliasz na górze Horeb czuje muśnięcie „łagodnego powiewu” (1 Krl 19, 12). Są to co prawda tylko obrazy, ale doskonale oddają moment przejścia Pana i stanowią szczególne świadectwo Jego miłości.

Pociągnięty w głąb samego siebie

Jak dostrzec to boskie działanie? Przez to, że owłada nami pewne skupienie, zupełnie odmienne od tego, które próbowaliśmy osiągnąć sami. Tu nie chodzi o nasz własny wysiłek koncentracji, zapomnienia o wszystkim. Tu jesteśmy jakby pociągani w głąb. Jakaś ukryta w nas obecność zwołuje, ściąga i gromadzi nasze władze, po czym je wycisza. I ogarnia nas głębokie skupienie. To właśnie dlatego mówi się o skupieniu pasywnym. Posłuchajmy Teresy: „Jest to pewne skupienie wewnętrzne, zdaniem moim, również nadprzyrodzone. [...] Oczy się same zamykają i dusza pragnie samotności. [...] Za czym Król wielki, zasiadający w królewskiej komnacie twierdzy, widząc ich [zmysłów i władz duszy] dobrą wolę, chce je w wielkim miłosierdziu swoim na powrót do siebie przywołać i jako pasterz dobry, cichym, ledwie dosłyszalnym głosem daje im skutecznie poznać swoje wezwanie” (Twierdza IV 3, 1-2). Jesteśmy jakby wezwani, zachęceni do tego, by słuchać, być uważnym, lub raczej jesteśmy doprowadzeni do stanu uważności. Wszystkie siły naszej duszy są jakby zjednoczone. Teresa w kontekście dobrego pasterza, który pasie swoje owce, mówi nam w obrazach o tym przyciąganiu w głąb ducha: „Cichym, ledwie dosłyszalnym głosem daje im skutecznie poznać swe wezwanie, aby porzuciły drogę zatracenia i wróciły tam, skąd wyszły. I taka jest siła tego pasterskiego głosu, że pod jego wpływem od razu opuszczają owe rzeczy zewnętrzne, w których leżały uwikłane i do wnętrza twierdzy się chronią” (Twierdza IV 3, 2).

I Teresa podkreśla: „Nie wiedzieć jednak, którędy weszły i jak usłyszały wezwanie Pasterza, bo żaden tu głos nie doszedł do uszu i niczego tu nie ma, co by się uchem dało dosłyszeć; dość, że stawiły się i miejsca swego pilnują, nie przeszkadzając już duszy, która wtedy wyraźnie doświadcza dziwnie kojącego skupienia, jak się o tym przekona, kto tego doświadczy, bo objaśnić tego ja już lepiej nie potrafię” (Twierdza IV 3, 3). Wyjaśnia to jednak bardzo dobrze!

To skupienie, które nami owłada, idzie w parze z głębokim pokojem. Teresa wyraża tu dokładnie to samo, co Jan od Krzyża, który często mówi o pokoju ducha, który jest jednocześnie postrzeżeniem i znakiem przejścia Pana: „Działanie Boga w duszy przynosi jej pokój” (Noc I 9, 7), i „właśnie w tym niewzruszonym pokoju i milczeniu dusza winna nastawić ucha na to, co Bóg do niej mówi, gdyż słowa, jakie w tej samotności do niej wypowiada, są słowami boskiego pokoju” (Płomień 3, 34). Ze swej strony, na tym etapie modlitwy obecności w ciszy Teresa zauważa: „Jest to dar nadprzyrodzony, którego o własnych siłach, chociażbyśmy się usilnie starali, osiągnąć nie zdołamy. Dusza wchodzi tu, a raczej Pan sam obecnością swoją wprowadza ją w stan głębokiego pokoju [...] i wszystkie jej władze wyciszają się” (DD 31, 2).

Należy jednakowoż zaznaczyć, że na początku w ogóle nie zauważam tego „tajemnego tchnienia”. Nadal nie potrafię przyjąć właściwej postawy wobec działania Boga. Moje władze intelektualne i uczuciowe nadal są zbyt aktywne. Chcą koniecznie coś zrobić. „Nie umiemy pozostać w tym pokoju i staramy się o wrażenia bardziej uchwytne” - pisze Jan od Krzyża (Droga II 13, 7). Rzeczywiście, ten stan wewnętrznej ciszy, która mi się przydarza, jest odczuwany przez mnie jako dziwny, a nawet niepokojący. Zostałem wyrwany z dotychczasowych przyzwyczajeń, wydany na działanie Boga.

Ponadto, moje duchowe oczy nadal nie są dostosowane. Nie wyobrażajmy więc sobie, że to boskie muśnięcie - kontemplacja - zawsze oświeca rozum i rozpala serce. Często, a zwłaszcza na początku, doświadczam tylko oschłości i ciemności. Światło Boga olśniewa mnie do tego stopnia, że jestem prawie oślepiony. W obliczu Boga, który jest czystym światłem, doznaję wrażenia ciemności, „niczym nietoperz całkowicie oślepiony przez słońce” (Droga II 8, 6).

Pełna dyspozycyjność

Oto dlaczego nasi duchowi autorzy, zarówno Teresa od Jezusa, jak i Jan od Krzyża, żywią nieustanną troskę o to, by nauczyć nas postawy, dla której Bóg będzie mógł do nas przyjść; jak również o to, byśmy stawali się coraz bardziej gościnni wobec Bożej Miłości, tak by naprawdę nic nie zgubiło się z daru Boga. Gdyż wszystko, co otrzymuję od Niego, otrzymuję dla całego Kościoła. Każda łaska jest gratia fraterna, łaską, która buduje braterstwo, wspólnotę wierzących, lud Boży; stąd wielka odpowiedzialność, która na mnie ciąży, by wchodzić wciąż głębiej w modlitwę obecności w ciszy, gdyż w ten sposób pozwalam Bogu stać się obecnym pośród swojego ludu.

Zasadniczą postawą, która jest fundamentem modlitwy obecności, a szczególnie tego stanu kontemplacji, jest głęboka dyspozycyjność względem tego, co Bóg pragnie we mnie uczynić. Trzeba mi przyjąć całym sobą dar Bożej miłości. Tym darem jest poznanie Boga przeniknięte miłością. Poprzez kontakt pełen miłości - przez boskie dotknięcie - pewne poznanie Boga jest mi dane na drodze doświadczalnej. Bóg mnie dotyka. Żyję z Boga. Ta wiedza jest owocem miłosnego spotkania. Muszę jednak stale czuwać, by zgłębiać boskie rzeczy przed tym spotkaniem i po nim. Moja wiara musi się żywić przez cały czas. Jednakże w tych uprzywilejowanych długich chwilach tworzy się szczególny bezpośredni kontakt obecności z obecnością. I dzieje się to „nie wiem co”, jak mówi Jan od Krzyża, lecz potem wiem, że coś się stało, że Ktoś przeszedł.

Jan od Krzyża streszcza postawę gotowości w tych słowach: „By przyjąć to miłosne poznanie od Boga, dusza musi być całkowicie oderwana, wolna, spokojna, cicha i pełna pogodności, która przystoi działaniu Boga” (Płomień 3, 34). Jan nauczył nas typowej modlitwy gotowości, przyjmowania - miłosnej uwagi. Ale posłuchajmy Teresy, która także mówi nam ze swego doświadczenia i opisuje swą własną postawę. „Potrzeba na to, aby pierwej miłość była rozbudzona. [...] Nasze tu działanie całe zasadza się na tym, byśmy stawali przed Bogiem jak ubodzy i żebracy przed wielkim i bogatym monarchą, a zaniósłszy prośbę naszą, z oczyma spuszczonymi pokornie wyglądali zmiłowania Jego. Jeśli Pan ukrytymi drogami swymi zdaje się dawać nam do zrozumienia, że nas słucha, wówczas, skoro dopuszcza nas tak blisko siebie, dobrą rzeczą jest milczeć” (Twierdza IV 3, 4-5).

Pochwyceni przez Boga

Teresa wprowadza nas tu w sedno modlitwy obecności w ciszy. Bowiem, aby nie stracić nic z daru Boga, jest rzeczą niezwykle istotną wiedzieć, jak się zachować, kiedy Bóg przechodzi. Szacunek wobec Boga nakazuje głęboką ciszę. „Najlepsza więc, zdaniem moim, rada dla duszy, którą spodoba się Panu podnieść do tego mieszkania, jest ta, ażeby bez gwałtu i zgiełku wewnętrznego starała się powściągać działanie rozumu, ale niech się nie kusi wstrzymać je zupełnie, bo owszem, dobrze jest, by i on działał tu w mierze właściwej, by pomniał, że jest w obecności Boga i zważał, kto jest Ten, przed którym dano mu stawać” (Twierdza IV 3, 7). Teresa, dokonując pewnej retrospekcji, opisuje, jak niekiedy dochodzi do sporu między wolą a rozumem. Wola, fundament miłości, ciągnie ku Bogu i chce oddać Mu się całkowicie. I gdy dochodzi do miłosnego kontaktu, wszystko inne może milczeć. Nawet podtrzymywanie miłosnej uwagi nie wymaga już wysiłku. Osiągnęła już ona swój cel: pochwycił ją Bóg. Rozum tymczasem chce pojąć, co się dzieje, ogarnąć to dziwne wydarzenie, do którego nie jest przyzwyczajony. Uprzednio zawsze współgrał z modlitwą w ciszy. Mógł dostarczać tematów do rozmyślań o Bogu. Teraz pozostał bez pracy. Wola już go nie potrzebuje. Kontakt z Bogiem dokonał się już przez samego Boga. Wtedy rozum zaczyna domagać się swego udziału i zachowuje się jak kapryśne dziecko. Co wówczas robić? Teresa odpowiada: „Niechże więc wola, gdy jest w tym stanie odpocznienia, nie zważa na rozum i tyle się troszczy o niego, co o brednie wariata; bo gdyby go chciała pociągnąć do siebie przemocą, tym samym wyszłaby nieco ze spokoju swego. I tak modlitwa jej doznałaby utrudnienia, bez żadnego dla niej pożytku, a z utratą tego, co Pan jej daje bez żadnego trudu. [...] Dusza w tym stanie modlitwy odpocznienia podobna jest do dziecięcia jeszcze ssącego pierś, które matka trzyma na łonie i sama mu pokarm zapuszcza w usta, a dziecko tylko go połyka i słodkością jego się lubuje, nie poruszając nawet wargami. W podobny sposób tutaj wola pała miłością bez pomocy rozumu i bez natężenia myśli poznaje, że jest z Panem, bo taka jest wola Jego, i bez żadnego trudu ni pracy wciąga w siebie to mleko, które Pan do ust jej podaje, i napawa się słodkością jego. [...] Nie rozbiera w myśli ani się troszczy o zrozumienie, jakim sposobem tej rozkoszy doznaje i co to jest za rozkosz, którą się zachwyca; pozostaje w zupełnym zapomnieniu o sobie” (DD 31, 8-9).

Nie mącić tego spokoju

Owej ciszy duchowych władz nie osiągniemy siłą. Trzeba nam iść za poruszeniem Ducha, a nie chcieć wznieść się ponad Boga. Pokój i łagodność są zawsze pewnymi kryteriami. Teresa zauważa z humorem: „Te sprawy ducha z natury swojej są całkiem spokojne i łagodne, tak więc mieszanie do nich rzeczy uciążliwych szkodę raczej im przynosi niż pożytek. Uciążliwą zaś i przykrą rzeczą zowię wszelki przymus i gwałt w takiej chwili sobie samemu zadawany, tak jak uciążliwym byłoby przymusem chcieć oddech w sobie zatrzymać. Dusza w tym stanie winna oddać się całkowicie w ręce Boga; niech czyni z nią, co zechce. [...] Samoż to usilne przymuszanie siebie, aby nie myśleć o niczym, tym bardziej może podrażnić umysł i wyobraźnię i natłok myśli potęgować” (Twierdza IV 3, 6).

Muszę więc unikać sztuczności, nadzwyczajności. Oczekiwać przyjścia Pana to nie znaczy przymuszać się do czegokolwiek i zachowywać się tak, jak gdyby Pan już przyszedł. Teresa zauważa z dużą dozą zdrowego rozsądku: „Lecz jeśli nie mamy żadnego znaku, że On, Król niebieski, nas słucha i na nas patrzy, zgubnym byłoby trzymanie się bezczynności. Od takiego bowiem silenia się w zawieszeniu pracy rozumu dusza cała głupieje, w większą nierównie oschłość wpada, a sama wyobraźnia, skutkiem takiego przymuszania jej, by nie myślała o niczym - tym bardziej jeszcze staje się niespokojna. Nie, Pan chce, byśmy prośby Mu przedstawiali i pamiętali na to, że stoimy w Jego obecności. A czego nam potrzeba, to On wie. Co do mnie, nie mieści mi się to w głowie, by ludzkie starania i sposoby mogły się przydać na co w takich rzeczach, w których snadź Boski Majestat Pana zakreślił granicę nieudolności naszej i które spodobało Mu się zastrzec samemu sobie” (Twierdza IV 3, 5).

Ale jak się zachować, kiedy już jesteśmy wprowadzeni - jak mówi Jan od Krzyża - „w stan samotności, bierności wewnętrznej, zapomnienia i nasłuchiwania w duchu, który to stan - by go dusza mogła rozpoznać - przychodzi zawsze z chwilą pewnego, spokojnego, wewnętrznego pogrążenia się w Bogu” (Płomień 3, 35)? Czy winniśmy jeszcze coś mówić, czy też zapaść w całkowitą ciszę? Czy mogę się powstrzymać od jakiegokolwiek ludzkiego wysiłku? Czyż nie muszę raczej doskonalić postawy otwarcia na dar Boga? Teresa bardzo zręcznie odpowiada na nasze pytania, raz jeszcze opierając się na własnym doświadczeniu: „Dobrze jest w tym stanie postarać się o większą samotność, aby dać miejsce Panu i pozostawić Mu swobodę działania i rozporządzania nami jako rzeczą swoją. Co najwyżej od czasu do czasu wymówić z cicha jakie miłosne słowo niczym lekkie tchnienie, gasnący ogień ożywiające, które, jak sądzę, tylko by ów płomień przygasiło, gdyby spokojnie płonął. Słowo ciche a krótkie, aby rozum wielością słów nie zaprzątnął woli. [...] Pan, zdaje się, chce, by dusza przyłożyła tu nieco pracy własnej, choć czyni to w tak wielkim odpocznieniu, że pracy tej prawie nie czuje. [...] Niech więc w tym odpocznieniu przebywa. Kiedy Pan tę łaskę wam uczyni, pilne na nią miejcie baczenie” (DD 31, 7.10.13). Gdzie indziej Teresa mówi o „kilku słowach miłości” pomagających nam utrzymać otwartą na dar postawę i trwać z zapaloną lampą (Twierdza IV 3, 7). Oby Pan zastał we mnie pełną gotowość, kiedy będzie przechodził!

Pragnienie zjednoczenia z Bogiem

Często na początku Bóg obdarowuje nas swymi łaskami tylko przez krótkie chwile. Dzięki naszej wierności te uprzywilejowane momenty mogą się wydłużać. To sprawa Pana! Nie możemy niczego wymagać. Składajmy tylko nieustanne dzięki za dzieło Jego miłości w nas i - poprzez nas - w całej ludzkości.

Znajdujemy się tu na progu mistyki. Bóg dodaje nam odwagi, byśmy podążali tą drogą. Daje nam przedsmak tego, co chciałby nam ofiarować w pełni. Teresa pisze: „My jeszcze jesteśmy w drodze, jeszcze łódź nasza żegluje na pełnym morzu. Ale bywają chwile wytchnienia dla dusz, drogą modlitwy do ojczyzny niebieskiej dążących; widząc je strudzone, Pan niekiedy przenosi je w pewien stan uspokojenia władz i odpocznienia duszy, w którym, jakoby pod osłoną znaków, daje im jasne widzenie i smak niejaki tych rzeczy, które zgotował wybranym swoim, gdy kiedyś przyjmie ich w swoim królestwie. Przedsmaku ich użycza i tym, co tu na ziemi oddadzą się Jemu i o przyjście królestwa Jego się modlą, aby z niego mieli bezpieczną nadzieję, iż kiedyś pójdą napawać się wiecznie pełnym zdrojem tych rozkoszy, których teraz przez krótką chwilę i jakby kroplami dano im zakosztować” (DD 30, 6).

Rodzi się w nas nowa zażyłość z Panem, głębsza niż poprzednio. Czujemy, że będąc blisko Niego, jesteśmy u siebie. Odpoczynek i radość ogarniają nas, gdy ostatecznie ośmielimy się uwierzyć, że Bóg nas pochwycił. W czasie modlitwy w ciszy koi nas pewność, że On już dawno nas znalazł. Odtąd nasze trwanie przed Nim jest przede wszystkim Jego sprawą. Ten, kto wie, że Bóg pochwycił go do tego stopnia, promieniuje niewypowiedzianym pokojem i radością, gdyż Pan nie przestaje dawać wciąż więcej: „Dusza poznaje wtedy [...], że jest bardzo blisko przy Bogu swoim, że gdyby nieco więcej jeszcze się zbliżyła, stałaby się jedno z Nim przez zjednoczenie” (DD 31, 2).

7. UKRYCI W CHRYSTUSIE

Na tych ostatnich stronach chciałbym dokończyć etapy modlitwy w ciszy tak, jak nam to przedstawia w swych pismach Teresa z Avila. Zadanie prawie niewykonalne, gdyż życie mistyczne nigdy się nie kończy, zawsze jest przed nami. A ponadto, chodzi tu o świat duchowy, o świat Boga, który chce przeniknąć w nasz świat poprzez konkretne osoby i w ich codziennym życiu. Moim jedynym zamiarem jest wprowadzić czytelnika do tej „ziemi obiecanej”. On sam może dalej, jeśli czuje się w to wciągnięty, zgłębiać drogi życia mistycznego, czytając przykładowo pisma świętej Teresy7 czy też doskonałą książkę ojca Marii Eugeniusza od Dzieciątka Jezus8.

Przed chwilą zajmowaliśmy się łaską modlitwy pełnej pokoju czy też modlitwy odpocznienia w Bogu. Doświadczyliśmy w niej jakby dotknięcia Boga, namaszczenia Ducha. Ich znakiem była głęboka cisza, która nas ogarnęła, czy też doznanie pokoju, który nie jest z tego świata. Wszystko to przepełniło nas wielką miłością do Boga, a jednocześnie wielkim szacunkiem dla „Jego Majestatu”. To dotknięcie miłości znalazło swe przedłużenie w miłości bliźniego, nieustannie na niego otwartej.

Zasadniczą postawą w czasie modlitwy w ciszy jest postawa głębokiej dyspozycyjności względem tego, co Bóg w nas pragnie uczynić. Za Janem od Krzyża określiliśmy ją jako miłosną uwagę z tym wszystkim, co ta „uważność” zawiera, jak: wsłuchanie się, otwartość, pragnienie, oczekiwanie. Czujemy, że cała nasza osoba jest zwrócona, przyciągana, skierowana ku Bogu. Ta miłosna uwaga niechybnie skłoni Boga do zjednoczenia się z nami lub raczej do wciągnięcia nas w miłość swoją, i to bez względu na to, na jakim etapie modlitwy obecności w ciszy się znajdujemy.

Modlitwa zjednoczenia

Teresa z Avila opisuje drogę modlitwy w ciszy przez dobrze znany obraz twierdzy wewnętrznej, co zresztą jest tytułem jednego z jej dzieł. Wystarczy zwiedzić Avila - jej rodzinne miasto - by zrozumieć, skąd wzięła natchnienie. Avila jest niczym twierdza otoczona wałami obronnymi, ukoronowanymi osiemdziesięcioma wieżami. Wszystkie drogi biegnące od znajdującej się w murach bramy prowadzą do centrum miasta, czyli do pałacu króla. Dla Teresy tam właśnie króluje Chrystus - Oblubieniec. Bramą, która doń prowadzi, jest modlitwa obecności w ciszy. Przechodzimy przez wiele „Mieszkań” (Twierdza wewnętrzna nazywana jest także Księgą Mieszkań), nim dotrzemy do centrum pałacu, na spotkanie z królem. Co więcej, sam król wystosował do nas zaproszenie, byśmy na zawsze z Nim zamieszkali i dzielili Jego życie.

Przebyliśmy już cztery Mieszkania i znajdujemy się przed piątym. Wszystkich jest siedem! Ten moment jest decydujący. Od piątego bowiem Mieszkania coś ostatecznie się w nas przemienia. Dlatego trzeba nam przekroczyć Jego próg, nowy dla nas próg. To piąte Mieszkanie wymaga od nas hojności bez ograniczeń, woli oddania się całkowicie Bogu i tego, by zagubić się w Nim zupełnie. Nowością tego Mieszkania jest modlitwa zjednoczenia.

Co ją różni od modlitwy pokoju czy też odpocznienia? Już w tamtej byliśmy przyciągani do centrum naszej duszy. Jakieś drzwi się uchyliły i z głębi nas samych doszedł nas szept pasterza. I urzekła nas woń Boga, co w tych przestrzeniach się unosiła. Zrozumieliśmy nagle, dlaczego, a raczej dla kogo, zostaliśmy stworzeni. Cała nasze jestestwo zaczęło z wolna płynąć ku Bogu, niczym strumyk w stronę rzeki. Zaczęliśmy dostrzegać Jego obecność w głębi naszej duszy. Teraz, w modlitwie zjednoczenia, rzeka wpada do morza. Dochodzimy do centrum naszej duszy przez szeroko otwarte drzwi i spoczywamy w Bogu. Przekraczamy nowy próg. „Środkiem duszy jest Bóg” - pisze Jan od Krzyża (Płomień B 1, 12). Teresa ze swej strony powie: „Bóg sam tak głęboko przenika wnętrze tej duszy [...] i sam boską mocą swoją, bez otwierania [bez pomocy zmysłów i władz], wchodzi do tego środka duszy, tak jak zamkniętymi drzwiami wszedł do uczniów swoich z tym pozdrowieniem: Pax vobis, jak i z grobu powstał bez naruszenia kamienia grobowego” (Twierdza V 1, 9.12).

Teresa myśli o słowach Oblubienicy z Pieśni. „»Wprowadził mnie król do winnej piwnicy« [Pnp 2, 4]. Nie mówi, że sama weszła [...]. Te królewskie winne piwnice, to, jak rozumiem, sam środek i najgłębsze wnętrze duszy naszej, do którego Pan nas wprowadza, kiedy i jak chce; sami, jakkolwiek byśmy się starali, wejść tam nie możemy. Jest to rzecz boskiej wielmożności. Zaś, żeby jaśniej jeszcze okazać, że jest to Jego sprawa, nie chce, by w tym Jego wejściu wola nasza jaki bądź udział miała, prócz zupełnego oddania się Jemu” (Twierdza V 1, 12). Kiedy Teresa mówić będzie o siódmym Mieszkaniu, sprecyzuje, że tam jeszcze głębiej wchodzi się w samego siebie. Nie można postrzegać centrum duszy jako punktu, lecz jako przestrzeń przyodzianą w nieskończoność Boga. Dopóki nie dotrzemy do tego centrum, napotykamy nieustannie na ograniczenia. Lecz kiedy już tam przenikniemy, przestajemy doświadczać ograniczeń. Żyjemy w nieskończonej wolności Boga.

Teresa opisuje tę modlitwę zjednoczenia jako całkowite pogrążenie się duszy w Bogu. Władze są zawieszone: „nie chce [Bóg], by w tym Jego wejściu wola nasza jaki bądź udział miała, prócz zupełnego oddania się Jemu. Nie potrzeba Mu też, by drzwi duszy, to jest zmysły i władze, otwierały Mu drogę, bo te owszem, w chwili wejścia Jego, pogrążone są w zupełnym uśpieniu” (Twierdza V 1, 12). Bóg „duszę całkiem bezwładną uczynił, aby tym głębiej wpoić w nią mądrość prawdziwą” (Twierdza V 1, 9). Skoro rozum i wola są całkowicie pochłonięte Bogiem, jest się zupełnie bezwolnym. Tu wszystko czyni Bóg. W czasie tego zjednoczenia Bóg urabia nas, jak urabia się wosk. „Ona prawdziwie nic tu nie działa, tak jak nie działa wosk, gdy obca ręka pieczęć na nim wyciska. Sama nie może wyryć na sobie tego znamienia, tylko gotowa jest na wszystko i tą gotowością swoją, stawszy się miękka jak wosk, zdolna jest przyjąć, co Bóg w niej sprawić zechce, i bez oporu oddaje się w ręce Jego. O Boże, jakaż to niewypowiedziana dobroć Twoja, że tak sam wszystko czynisz! Żądasz jeno od nas dobrej woli, aby dusza, jak ten miękki wosk, nie stawiała ci oporu!” (Twierdza V 2, 12)

Robak staje się motylem

W tym miejscu naszej duchowej wędrówki kontakt z Bogiem dogłębnie nas zmienia. Zjednoczenie z Bogiem ma swoje skutki. Pierwszym z nich jest na pewno to, że Bóg przekształca nas w samego siebie. Teresie przychodzi tu na myśl gąsienica jedwabnika, która umierając przekształca się w pięknego motyla. „Słyszałyście zapewne, w jaki cudowny sposób, którego tylko Bóg może być sprawcą, powstaje jedwab; jak poczyna się z maleńkiego jajeczka, nie większego od drobnego ziarnka pieprzu [...]. Gdy już liście z drzewa morwowego zaczynają się rozwijać, jajeczko to ciepłem słońca ogrzane, ożywia się, bo przedtem, póki mu liście morwowe nie dostarczały pokarmu, którym się żywi, było jakby martwe. Teraz z jajeczka wykluwa się robaczek, który żywiąc się liściem morwowym, stopniowo się rozwija, a gdy już do miary swojej urośnie, podsuwają mu całą gałązkę, po której on pełzając, pyszczkiem wysnuwa z siebie jedwab i dziwnie misterną robotą zwija go w kokonik, czyli kłębek, i w kłębku tym się zamyka, i w nim umiera, aż po niejakim czasie z kłębka owego, w miejsce dużego, brzydkiego robaka, dobywa się biały, wdzięcznego kształtu motyl” (Twierdza V 2, 2). Porównanie to Teresa stosuje do duszy, którą pochwycił Chrystus: „Robak ten jest obrazem duszy naszej. Naonczas ożywia się on, gdy ciepłem Ducha Świętego zagrzany, poczyna korzystać z ogólnych pomocy łaski, których Bóg użycza każdemu [...]. Wtedy więc poczyna żyć i dalej żywi się tymże pokarmem i pobożnym rozmyślaniem, dopóki nie wzmoże się i nie urośnie [...]. Wyrósłszy zatem, poczyna ów robak snuć z siebie jedwab i budować dom, w którym ma umrzeć. Domem tym dla duszy jest, jak pragnęłam jasno wytłumaczyć, Chrystus. Jakoż czytałam gdzieś, zdaje mi się, czy słyszałam te słowa: „życie nasze ukryte jest w Chrystusie” [Kol 3, 3], czyli w Bogu, bo to jedno i to samo; i te drugie: „Chrystus to życie nasze” [Kol 3, 4] [...]. Widzicie już teraz, córki, co z naszej strony możemy, przy pomocy łaski Bożej uczynić, aby Pan sam był mieszkaniem naszym, jak nim rzeczywiście jest w tej modlitwie zjednoczenia [...]. Odwagi więc, córki moje, ochotnie kwapmy się do tej pracy, do snucia tego kłębka naszego, wyrzucając miłość własną i wolę własną, i wszelkie do jakiej bądź rzeczy przywiązanie [...]. Umierajmy, umierajmy już tak, jak umiera ów robak, gdy skończy robotę, do której został stworzony. Po takiej śmierci, zobaczycie, jak będziemy oglądały Boga [...]. Zobaczmy teraz, bo to jest punkt główny, do którego zmierzało wszystko, co dotąd powiedziałam, w co się obraca ten robaczek, dusza nasza. Oto, gdy w tym stanie modlitwy całkiem już umrze dla świata, wtedy przemienia się w motyla białego. O cudo wszechmocności Bożej! Jakże przemieniona wychodzi dusza z tej modlitwy, w której choć tak króciutko [...] była zanurzona w wielkości Boga i z Nim złączona! [...] Bóg nie do poznania odmienia duszę” (Twierdza V 2, 3-8).

W przeciwieństwie do stanów poprzednich, tutaj już nie żyjemy dla siebie. Nasz egocentryzm jest przezwyciężony. Jesteśmy wyzwoleni z więzów własnego ja i żyjemy już tylko dla Boga i Jego Królestwa. „O dziwna potęgo łaski Bożej! Wszak jeszcze kilka lat, może i kilka dni temu, dusza ta żyła sobie spokojnie, troszcząc się tylko o siebie” (Twierdza V 2, 11). Jednakże trzeba nam czuwać, gdyż w przeciwieństwie do tego, co się dzieje w siódmym Mieszkaniu, gdzie wszystko jest ostateczne, tutaj śmierć nie jest jeszcze ostateczna, czyli całkowita. Głos egoizmu, niczym głos zwodniczej syreny, daje się jeszcze słyszeć od czasu do czasu, choć co prawda z daleka. Wciąż więc istnieje duże niebezpieczeństwo zmniejszenia uwagi, zbytniej pewności siebie, a tym samym zboczenia z duchowej drogi. Tak, motyl (czyli dusza) jest w zasadzie nieśmiertelny, ale jeszcze nie nadszedł dla niego czas spoczynku. Dusza, która nie żyje łaską, jaką od Pana otrzymała, przestaje być motylem i istnieje ryzyko, że powróci do swego początkowego stanu. Jedną z cech charakterystycznych modlitwy zjednoczenia jest właśnie ogromny dynamizm. Pocisk został wystrzelony i z wielkim pędem kieruje się ku celowi. Ale jego szybkość nie jest dana raz na zawsze! Musimy więc mieć się na baczności i ćwiczyć się w czuwaniu poprzez szczególną wierność.

Te wydarzenia, w których otrzymaliśmy tak wielką łaskę, głęboko naznaczyły naszą duszę. Kto Boga spotkał, nie może Go już zapomnieć. Ale strzeżmy się niewierności, gdyż za każdą niewierność słono się płaci: „Lecz jeśliby ta dusza się opuściła i miłość swoją oddała komu lub czemu innemu, niechybnie straci wszystko, i będzie to strata tak niewypowiedzianie wielka, jak wielkimi były łaski, które jej ofiarował Oblubieniec, strata bez porównania większa, niż jakie bądź słowa wyrazić zdołają” (Twierdza V 4, 4). Jednakże miłosierdzie Pana nigdy nie przestaje nas oczekiwać. Co więcej, pasterz sam poszukuje zagubionej owcy, „aż ją znajdzie” (Łk 15, 4). A wtedy, jakaż radość! Właśnie to urzeczywistnia się w modlitwie zjednoczenia. Człowiek, który odwrócił się od Boga i który stracił swoje intymne przy Nim miejsce, wraca teraz do Niego całym sercem.

Zagubiony w Bogu

Teresa pisze o modlitwie zjednoczenia jak o święcie. „Tu miłość łączy się z miłością (todo es amor con amor)” (Twierdza V 4, 3). Miłosne zjednoczenie zawsze wzbudza głęboką radość, czasem nawet w wymiarze psychologiczno-uczuciowym i cielesnym. Dusza świętuje! Teresa mówi o tym z doświadczenia. Ta wielka mistyczka przywiązuje dużą wagę do radości i świętowania. Dla niej niedziela czy dzień świąteczny trwa nieustannie. Dlatego też opisuje modlitwę zjednoczenia w jej najwznioślejszej formie, kiedy dusza jest całkowicie zawładnięta przez Boga. Inni jednak przeżywają łaskę tej modlitwy bardziej w duchu, w zwyczajności dnia.

Niedziela czy dzień powszedni? Nieważne! Rzeczą najważniejszą w zjednoczeniu - czy chodzi o czas przeznaczony na modlitwę, czy też o każdy inny czas - jest nasze całkowite „tak” w odpowiedzi na wezwanie Boga. Nasza decyzja jest tak całościowa, że angażuje całą naszą osobę. Pomyślmy o nawróceniu świętego Pawła, które było odpowiedzią na bezpośrednie wezwanie Boga. Pomyślmy o wewnętrznym poruszeniu Apostołów po zmartwychwstaniu Jezusa. To w tym właśnie momencie stali się Jego prawdziwymi uczniami. Nasza decyzja jest zawsze odpowiedzią na boskie zaproszenie, które daje nam jednocześnie siłę, by na nie odpowiedzieć. Nikt nie może podjąć tej decyzji sam z siebie. Przedtem chcieliśmy uczynić dar z siebie, ale pozostawało to tylko w sferze pragnień. Teraz dajemy siebie naprawdę. Począwszy od tego „tak”, radykalnego i rzeczywistego, należymy do Boga. Zostawiliśmy nasze egocentryczne życie, a zaczęliśmy żyć „u siebie” w Bogu, w Jego miłości. Naszym jedynym pragnieniem jest sprawiać Bogu radość. Tak żyła Teresa z Lisieux, która, odkąd skończyła trzy lata, nigdy niczego Bogu nie odmówiła. To wcale nie oznacza, że nie doświadczamy już słabości. Ale posiadamy wewnętrzną busolę, która bez wahania naprowadza naszą wolę na Boga. Mamy w sobie teraz odruch, który pomaga nam powstać zaraz po każdym upadku.

Jak urzeczywistniamy na co dzień to radykalne „tak”, powiedziane Bogu? Po czym konkretnie widać, że opuściliśmy świat naszego egoizmu i że teraz żyjemy w świecie Boga? Droga jest tu prosta: miłość braterska. Jeśli chcemy, aby robak (czyli „stary człowiek”) umarł w nas na zawsze, najlepsze, co możemy zrobić, to żyć dla innych. Czytelnik przypomina sobie zapewne, że, jak napisałem na początku tej książki, miłość bliźniego jest u Teresy filarem, na którym wspiera się modlitwa obecności. U końca tej wędrówki ku Bogu miłość braterska pozostaje dla Teresy najpewniejszym znakiem postępu duszy w miłości do Niego. „Im większy więc ujrzycie w sobie postęp w tej cnocie miłości bliźniego, tym mocniej, miejcie to za rzecz pewną, będziecie utwierdzone w miłości Boga. Bo tak wielka jest miłość Jego ku nam, że w nagrodę za miłość, jaką okazujemy bliźniemu, pomnoży w nas obficie miłość ku Niemu; jest to, według mnie, rzecz tak pewna, że niepodobna wątpić o tym ani na chwilę [...]. Gdybyśmy dobrze zrozumiały, jak wielka dla nas jest waga tej cnoty, wszystką wolę i usilność naszą skierowałybyśmy do jej nabycia” (Twierdza V 3, 8.10).

W naszym życiu Bóg jest teraz wszystkim. Wymaga od nas jednej tylko rzeczy: pozwolić Mu żyć i w nas działać. Trwajmy więc wsłuchani w Jego Życie! Pozwólmy Mu działać w nas z całkowitą swobodą! W rzeczy samej, kwintesencję piątego Mieszkania oddaje bez wątpienia stwierdzenie świętego Pawła: „Już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus” (Ga 2, 20). Czytelnik przypomina sobie zapewne cztery sposoby dobywania wody, by podlewać ogród duszy. Posłużyły one Teresie do opisania etapów miłosnego trwania przed Panem w ciszy. Modlitwa zjednoczenia i to, co z niej wynika, odpowiada czwartemu sposobowi, jakim jest deszcz: „wtedy Pan sam bez żadnej pracy naszej podlewa, i ten sposób bez żadnego porównania przewyższa wszystkie poprzednio wymienione” (Życie 11, 7). Pozwólmy, by ów mistyczny deszcz mógł nas zrosić, a wówczas przesiąkniemy boską miłością.

Mój Ukochany należy do mnie, a ja do Niego

Wyrzekliśmy się siebie zupełnie. Zanurzyliśmy się w śmierci Chrystusa. W szóstym Mieszkaniu Teresa długo opisuje oczyszczenia ducha, które odpowiadają nocy ducha u Jana od Krzyża. Nie mówię o tym dłużej, gdyż o. Wilfrid Stinissen, mój brat, przedstawił te sprawy obszernie9. Robak musi umrzeć, aby stać się białym motylem. Komunia z Chrystusem zmartwychwstałym rysuje się w pełni. Dochodzimy do siódmego Mieszkania, gdzie mają miejsce zaślubiny. Wchodzimy do przybytku Boga, gdzie króluje wielka prostota, pokój, który Jezus sam nam obiecał.

Teresa stara się wyjaśnić miłość mistyczną, porównując ją do miłości między dwojgiem ludzi. Oczywiście chodzi tu o miłość zupełnie inną. Teresa rozróżnia także duchowe zaręczyny i zaślubiny. Używa obrazowego słownictwa, by wskazać kolejne stopnie w zjednoczeniu duszy z Bogiem. „Zjednoczenie poprzez zaręczyny jest tak ścisłe jak spojenie dwóch świec, jedno światło dające, albo jak jedna świeca, w której wosk, knot i płomień w jedną całość się schodzą. Można jednak rozdzielić te świece i będą znowu dwie albo i samą świecę można tak rozłożyć, iż będzie osobno knot, a osobno wosk. Natomiast w zaślubinach duchowych owo zjednoczenie jest jakby woda z nieba, deszczem czy rosą padająca do rzeki albo do zdroju i z wodą tych rzek się zlewająca. I tu już nikt tych dwóch wód nie rozdzieli ani nie rozróżni, która jest z nieba, a która ze zdroju czy rzeki” (Twierdza VII 2, 4).

W tym siódmym Mieszkaniu zjednoczenie jest radykalniejsze i głębsze niż w Mieszkaniu piątym. Z jednej strony ogromna próżnia, z drugiej - ogromne pragnienia: jedno i drugie wzajemnie się umacniają. Ubóstwo i nadzieja są jak dwie nierozerwalne siostry. „Gdy Pan ulituje się już nad tą duszą, która z tęsknoty do Niego taką mękę cierpiała i cierpi [...], wtedy [...] wprowadza ją do tego siódmego Mieszkania, które jest własnym mieszkaniem Jego” (Twierdza VII 1, 3). Bóg całkowicie nas pochwycił w tym, czym jesteśmy i co mamy. Króluje w nas głęboka harmonia. „Zmysł mój i duch do tego samego dążą” - pisze Jan od Krzyża (Płomień B 1, 36). Jesteśmy w całkowitym władaniu Boga. Odtąd to On nas prowadzi: „Gdy byłeś młodszy, opasywałeś się sam i chodziłeś, gdzie chciałeś. Ale gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a inny cię opasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz” (J 21, 18). Tym „innym”, który nas przepasuje, jest sam Bóg.

Marzenie Boga o nas spełniło się: staliśmy się ciągłą zgodą na Jego wolę. Chcemy tego, czego chce On. Otwarliśmy się po to, by boska wola mogła swobodnie wejść w ten świat i skutecznie w nim działać. Jesteśmy przestrzenią, w której echo Jego woli może rozbrzmiewać. Nasza wola osiąga tutaj swoje najwyższe możliwości i największą wolność. Wszystkie nasze ludzkie ograniczenia zostały przekroczone. Jesteśmy ukryci w Chrystusie! „W tym stanie wszystkie poruszenia władz duszy są boskie” - mówi Jan od Krzyża (Droga III 2, 9). A przecież urzeczywistnia się to bez żadnych sensacji, bez żadnych nadzwyczajności. Życie toczy się w wielkiej prostocie i w głębokim pokoju. To, co boskie, jest tak naturalne.

Aby przygotować swą Oblubienicę na wielki dzień mistycznych zaślubin, Oblubieniec wyprowadził ją na pustynię, by mówić do jej serca i wyjaśnić jej sekrety swej miłości. Miłosne zjednoczenie jest spełnione.

„Kim jest ta, co się wyłania z pustyni, wsparta na Oblubieńcu swoim?” (Pnp 8, 5)


Copyright © (Polish edition) by Wydawnictwo Kairos, Kijów 1998

Źródło: http://opoka.org.pl.